STANISŁAW SZEPLEWICZ
duchowny, patriota, żołnierz

Zaczynając gromadzić materiały do stworzenia internetowej sagi rodziny, myślałem że wystarczy zająć się swoimi, poukładać, ozdobić, dodać motyw graficzny i będzie gotowe. Można i tak, ale przecież o istocie bytu świadczy coś więcej. Ludzie w swoim życiu oddziałują na innych i takim samym oddziaływaniom podlegają. Dziś uświadomiłem sobie że, mój Dziadek, moja Babcia i Mama, mieli w tamtym odległym czasie szczęście przebywać i obcować ze wspaniałym człowiekiem jakim był ks. Stanisław Szeplewicz.

Gdy po 24 września 1939 roku zabrakło dziadka, który został aresztowany i zamordowany przez NKWD, osamotniona rodzina miała wsparcie ze strony przyjaciela, ks. Stanisława, który będąc tak samo narażony na utratę wolności i życia nie zaprzestał być duchownym przewodnikiem i administratorem parafii. Gdy w 1964 roku Mama pojechała odwiedzić siostrę Bronkę w Baranowiczach, obie odwiedziły księdza Stanisława w jego miejscu zamieszkania. Przyjął ją serdecznie chociaż z początku z dozą rezerwy. Dopiero teraz można pojąć czym to było spowodowane. Gdyby nie było tej ostrożności, nie udało by się pokonać trudów obu okupacji i nieludzkiego traktowania.

W swoim skromnym domowym archiwum znalazłem podniszczony dokument spisany w 1941 roku przez księdza Stanisława Szeplewicza i własnoręcznie przez niego podpisany i opieczętowany pieczęciami parafialnymi. Fragment tego dokumentu publikuję poniżej

Powiększ

Pisząc to nie wiem gdzie został pochowany po śmierci w 1975 roku ksiądz Stanisław Szeplewicz. Gdy w 1977 roku w Baranowiczach zmarła moja Ciocia Bronisława Sozanowicz zd. Raczkiewicz dzięki pomocy ludzi, łapówce i braku czujności "pravitielstwa" udało się ją pochować na zamkniętym już tzw. "Polskim Cmentarzu". Moja Mama wspominała że na przełomie 1939/40 roku na terenie tego cmentarza w zbiorowej mogile pochowano zamordowanych polskich księży, wcześniej wyłapanych przez NKWD , w bliższej i dalszej okolicy Baranowicz. Ciekawe czy fakt ten był przedmiotem badań IPN-u. A może wiesz więcej na ten temat? Napisz !!!

 

 

Dzięki wieloletnim badaniom ks. Prof. Romana Dzwonkowskiego z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, udokumentowane zostało życie i działalność Stanisław Szeplewicza. Oto owe opracowanie.

 

 

Urodził się on w 1902 r. Jako ochotnik wziął udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r. W 1925 r. wstąpił do seminarium duchownego w Pińsku, które ukończył w 1931 r. Po święceniach, od 1934 r. pełnił obowiązki proboszcza Darewa i jednocześnie zastępcy kapelana Wojska Polskiego w Baranowiczach. Dzięki jego zabiegom został w Darewie odbudowany także kościół, zburzony w czasie I wojny światowej. W dzieło to byli zaangażowani zarówno parafianie, jak i oficerowie z garnizonu w Baranowiczach. Żołnierze pełniący w nim służbę pomagali także w budowie świątyni, którą konsekrowano w 1937 r. Ksiądz Stanisław opiekował się jednocześnie parafią w sąsiedniej Makijewszczyźnie, której był administratorem. Posiadała ona wzniesioną własnym sumptem w 1916 r. drewnianą kaplicę, mimo iż miejscowa wspólnota katolików liczyła tylko 320 osób. U progu wojny ks. Stanisław został mianowany kapelanem rezerwy WP w stopniu kapitana. W czasie pierwszej okupacji sowieckiej ukrywał się u miejscowych ludzi, prowadząc podziemne duszpasterstwo. Do momentu wkroczenia Niemców w 1941 r. na radziecką Białoruś nie został wytropiony przez organy NKWD, mimo że był intensywnie poszukiwany. Ujawnił się na krótko w czasie okupacji hitlerowskiej, ale szybko wrócił do podziemia. Tutejsi białoruscy kolaboranci dążyli bowiem do unicestwienia elementu polskiego, a zwłaszcza jego najbardziej patriotycznych przedstawicieli, którzy mieli autorytet w społeczeństwie. Na skutek ich donosów byli izolowani w obozie koncentracyjnym w Kołdyczewie, gdzie podlegali eksterminacji. Niemcy zaocznie skazali ks. Szeplewicza na karę śmierci. Zrobili to tym łacniej, że zaangażował się on w struktury podziemne Armii Krajowej. Nie potrafili go jednak wytropić. Zrobili to sowieccy partyzanci i chcieli rozstrzelać, ale został obroniony przez mieszkańców Darewa. Po wyzwoleniu Białorusi przez Armię Czerwoną ks. Szeplewicz nadal prowadził nielegalne duszpasterstwo. Mógł w ramach repatriacji wyjechać do Polski, jak uczyniło to wielu Polaków, ale on postanowił pozostać. Za jego przykładem poszli wszyscy jego "podziemni parafianie". Od 1944 r. nadal ukrywał się w wiosce, bezskutecznie poszukiwany przez radzieckie organy bezpieczeństwa. Dopiero w 1949 r., na skutek donosu jednego z mieszkańców wsi, został aresztowany. Osądzono go jako wroga władzy radzieckiej, skazując na 25 lat łagrów. Po jego skazaniu kościół w Darewie został zabrany przez władze sowieckie i zamieniony na magazyn. Zaś ks. Szeplewicz przebywał m.in. w "Minłagu" k. Inty w republice Komi. Zwolniony w 1956 r., wrócił oczywiście do Baranowicz. Dzięki staraniom wiernych, miejscowa administracja wyraziła zgodę na działanie parafii w Makijewszczyźnie. W 1960 r. za to, że dopuścił do udziału w nabożeństwach dzieci i młodzież, cofnięto mu "sprawkę", a kaplicę przeznaczono do likwidacji. Pierwsza próba jej zniszczenia nie powiodła się, bo w jej obronie stanęli miejscowi mieszkańcy. Dopiero przy udziale posiłków i ciężkiego sprzętu udało się przedstawicielom władz sowieckich rozebrać kaplicę. Od tej chwili ks. Szeplewicz nigdy już nie uzyskał oficjalnego zezwolenia na pracę duszpasterską. Aż do 1975 r. prowadził, jako jedyny ksiądz na Białorusi, nielegalne podziemne duszpasterstwo. Chrzcił dzieci, udzielał ślubów, uczestniczył w pogrzebach, katechizował, odprawiał Msze św. Czynił to oczywiście w sposób tajny w podziemnej kaplicy, urządzonej w piwnicy jednego z domów. Zawsze był w niej Najświętszy Sakrament. W swojej pracy osiągał rezultaty większe niż księża posługujący legalnie ze "sprawką" w Baranowiczach. Oni np. bali się udzielać dzieciom sakramentów w obawie przed represjami, ks. Stanisław pracował z dziećmi nieustannie. Cieszył się wśród wiernych ogromnym szacunkiem. Tutejsi ludzie nazywali go "tatko". KGB nękało go wciąż rewizjami i wezwaniami, podejrzewając, że zajmuje się podziemnym duszpasterstwem, ale tym razem żaden z mieszkańców go nie wydał. Nie zgodził się też na proponowane przez władze wyznaniowe przenosiny do Lidy. Zmarł nagle w 1975 r. w szpitalu w Baranowiczach. W jego pogrzebie wzięły udział tysiące wiernych. W opinii tutejszych ludzi jest on świętym... Pozostawił on po sobie silną, zwartą wspólnotę. Przetrwała ona aż do naszego przyjazdu, obsługiwana przez księży dojeżdżających z Baranowicz. Spotykali się z wiernymi w drewnianym domku, w którym mieszkał ks. Szeplewicz.
 

Domek ten przetrwał do chwili obecnej i jest w nim urządzone muzeum jego użytkownika. Po ks. Stanisławie zachowało się sporo rzeczy. Okoliczni mieszkańcy traktują je jako "święte pamiątki", niemal jak relikwie. Wśród nich jest sutanna bohaterskiego kapłana, ręcznie pisany mszalik gułagu, hostie z 1955 r., szaty liturgiczne itp.

 

Kościół w Darewie spalony i już po remoncie

 

ks. Prof. Roman Dzwonkowski  "Wytrwać na placówce" Gazeta Niedzielna R.55/1991,   z 27.10 1991

 

 

Pani Beata Nastulak zamieszkała w Lublinie,  w domowym archiwum odszukała i nadesłała fotografię księdza Stanisława Szeplewicza,  który był jej stryjecznym dziadkiem.

 

Dziś też wiemy gdzie "Tatko" został pochowany i jak wygląda jego miejsce spoczynku. Dzięki pamięci parafian, pamięć o Nim będzie zawsze żywa.

 

 

 

Poniżej zamieszczam fragment artykułu O. Jerzego Jagodzińskiego SVD pt.: "Po trzykroć Słowianie". Cały artykuł można przeczytać pod poniższym adresem: http://www.przewodnik.home.pl/przewodnik.php?id_art=3945  - Archiwum 18/2004, tytuł - "Po trzykroć słowianie".

*   *   *   *   *

Darewo to bardzo stara wieś, która pojawiła się jeszcze w czasach świętego Franciszka. Tędy przechodziła granica pierwszej ewangelizacji, dalej szły już tylko niezmierzone błota. Dwieście lat temu na drugim brzegu rzeki stał klasztor unicki. Teraz znajduje się tam kościół prawosławny. Tak tu żyją ludzie: tu katolicy, tam prawosławni.

Tak się złożyło, że przez tę wieś często przebiegały fronty i granice. W rezultacie Darewo regularnie płonęło, co pół wieku. Przez ostatnie sto lat miejscowy kościół trzy razy przemieniał się w stos popiołu, ale gdyby popatrzeć na historię Darewa oczami wiary, można dostrzec ogromną łaskę, jaką Bóg obdarzył tę ziemię i jej mieszkańców. Przypadek albo nie, ale sama nazwa "Darewo" mówi o specjalnym darze. Wieś okazała się jedyną w całym okręgu, w której w latach władzy sowieckiej aktywnie żyła i działała wspólnota parafialna. Nie rozpadłszy się, doczekała lepszych czasów. Oczywiście trudno wyobrazić sobie, co stałoby się bez Bożego przypadku...

 

"Tatka"

Wspominają o nim, że miał ostry, żywy charakter. Nie wyróżniał się niczym spośród wiejskich chłopców, gdy wierzchem na koniu dojeżdżał do oddalonych chat, by katechizować dzieci.

Katolicy zwracali się do niego "ksiądz Staś", dla starszych był jak syn, a dzieci między sobą mówiły o nim "Tatka". Później, wiele lat później, ten tytuł powrócił do niego i pozostał do końca jego dni. Teraz określenie to nabrało gorącej, pełnej miłości siły, którą ludzie czują do starszego człowieka, który niemało cierpiał.
W latach trzydziestych młody ksiądz Stanisław Szeplewicz rozpoczął służbę w wiejskiej parafii, półlegalnie, w samym szczycie prześladowań Kościoła. Po spaleniu i oficjalnym zamknięciu kościoła katolickiego w 1939 roku, uciekł do podziemia. Parafianie ukrywali go w swoich chatach, gdzie odbywały się regularne Msze święte, chrzty, przystępowano do Komunii świętej, a młodzi zawierali sakrament małżeństwa.
Tylko cudem można nazwać fakt, że ks. Szeplewicz kontynuował służbę na tle okrutnych, antyreligijnych represji, potem hitlerowskiej okupacji, mającej na celu pełne zniszczenie narodu białoruskiego. Po wojnie, w 1947 roku, został aresztowany i skazany za propagandę religijną. Na długo zniknął. Niektórzy myśleli, że na zawsze. Ale po dziesięciu latach powrócił. Lata więzienia, obozy zmieniły jego wygląd zewnętrzny, a określenie "Tatka" pasowało teraz do jego twarzy jeszcze bardziej.
Zabroniono mu mieszkać w Darewie, więc zadomowił się w sąsiedniej wsi Makijowszczyźnie. Kościół również był tam spalony. Nie pozwolono mu odprawiać Mszy świętej. Kiedy w latach politycznej odwilży wreszcie uzyskał pozwolenie, dom, w którym mieszkał, nieznani sprawcy skrycie podpalili. Katolicy mieszkający we wsi postawili nowy dom-kaplicę. Tatka żył w nim do 1975 roku, do dnia swojej śmierci.
Po powrocie znowu jeździł na koniu, aby mówić dużym i małym mieszkańcom o Bogu i Jego miłości. Kiedy widział, że ktoś z parafian pracuje na polu w niedzielę, podjeżdżał do niego i leciutko dotykał batem po plecach, mówiąc: "Molu, pamiętaj i czcij dzień Pański".

Co mają tu robić misjonarze?

Historię tę zebrał werbista ojciec Jan Glinka. Na chórze wiejskiego kościoła umieścił on fotografie i rzeczy ojca Szeplewicza, aby potem stworzyć małe muzeum. Najprawdopodobniej będzie się ono znajdowało w domu parafialnym, który, jak na razie, jest w stadium organizacji. Istnieje projekt, by witraże okienne poświęcić ojcu Stanisławowi.
Kościół stoi na pustkowiu. Jego położenie jest wygodne dla tych, którzy przyjeżdżają z okolicznych wsi. Darewo jednak rozciągnęło się po drugiej stronie ruchliwej szosy, dlatego werbiści zdecydowali się zorganizować dom parafialno-rekolekcyjny w samym jej centrum. Dzięki temu dzieci będą mogły bezpiecznie chodzić na zajęcia. Opiekują się nimi siostry misjonarki świętej rodziny, które dojeżdżają z Baranowicz. Siostry wierzą, że parafia wkrótce okrzepnie i rozkwitnie.

 

 

Dziś administratorem DAREWSKIEJ parafii jest o. Jan Glinka.

Oto jego słowa poświęcone Ks. Szeplewiczowi.

O ks. St. Szeplewiczu na stronach Przewodnika Katolickiego.

 

 

Data pierwszej publikacji: 20.VI.2004

Data ostatniej aktualizacji: 06.IX.2008