|
|
|
|
|
|
Życie i spuścizna Jana Obsta
Moim synom Krzysiowi i Karolkowi dedykuję
Autorka
Ryszard Maciejkianiec
Jan Konrad Obst (1876-1954) był redaktorem, wydawcą, historykiem. Człowiekiem, który potrafił zaznaczyć swoją obecność w życiu literackim i kulturalnym międzywojennego Wilna, m. in. zakładając istniejące do dziś Muzeum Adama Mickiewicza przy zaułku Bernardyńskim. Nie mówią o nim żadne encyklopedie, nikt dotąd nie napisał o nim monografii. Za życia Obsta zamiesz-czano jego biogramy, głównie jednak jako redaktora "Dziennika Wileńskiego". Po wojnie nazwisko to figurowało jedynie w wykazie jego spuścizny rękopiśmiennej, zestawionej w 1958r. w Bibliotece Akademii Nauk w Wilnie (dawniej Wróblewskich) przez V. Ambramavičiusa oraz V.Čepiene. "Polski słownik biograficzny" przy haśle "Jan Obst" podaje niektóre daty i nazwy ze znakiem zapytania. Wydane w latach 90-ych edycje traktujące o latach międzywojennych Wilna i jego kultury, w tym: "Dziennik" (Warszawa 1994-96) F. Ruszczyca czy "Młoda Polska Wileńska" A. Romanowskiego (Kraków 1999) wspominają Obsta tylko w jednym wycinku czasowym. Niniejsza praca została poświęcona J. K. Obstowi w celu ujawnienia "białych plam", tudzież przybliżenia mieszkańcom Wilna i Wileńszczyzny, ale też i rodakom rozsianym po świecie, sylwetki człowieka, który był w swoim czasie jednym z najbardziej aktywnych popularyzatorów historii tej ziemi. Na wdzięczność potomnych jednak nie liczył. Na łamach wydawanego własnym sumptem w Wilnie pisma "Litwa i Ruś" w 1912 r. napisał: "Kto liczy na wdzięczność - tym samem utracił do niej wszelkie prawo".
"RUBNO - najcieplejsze wspomnienie mego
dzieciństwa"
Rubno (obecnie lit. Kirtimai), leżące w parafii Bujwidze, wspominane jest w dokumentach archiwalnych już od XVIw. Pierwszym znanym z nazwiska właścicielem (od 1513r.) z ramienia księcia Aleksandra Jagiellończyka był namiestnik birsztański Mateusz Mikitinicz. Od 1535r. Rubno prawnie dziedziczy jego zięć - książę Fiodor Horski. Od 1568r. - wnuczka - Anna Chalecka. W 1590r. majątek kupuje Jan Czyż. Do 1604 r. , w którym to Rubno przeszło do kanonika wileńskiego Iszory, kolejnymi posiadaczami Rubna byli sekretarz królewski M. Duplicki oraz wójt wileński M. Buczyński. Starosta upicki Krzysztof Białłozor, jako kolejny właściciel, zastawił Rubno dla Kapituły Wileńskiej.
Przypuszczalnie ok. poł. XVIII w. Rubno nabyli Zabiełłowie, sprzedając je w 1778 r. Warakomskim. U schyłku stulecia majątek należał do kanonika wileńskiego Wirpszy, który zapisał go w prezencie dla swojego krewniaka - Ignacego, chorążego 1-ego pułku Piechoty Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przed 1820r. Rubno było własnością Ignacego Balińskiego, który po kilku latach odsprzedał je dla Adama Daukszy, piastującego urząd prezydenta grodzkiego wileńskiego. Na pocz. XX stulecia przeszedł na własność rodziny Roubów. W połowie lat 20-ych nabyli go na spółkę Jan Budziński oraz Grigorij Pietrow. Pierwszy, po śmierci swojego wspólnika, w 1933r. odsprzedał go redaktorowi Janowi Obstowi, który był ostatnim przedwojennym właścicielem Rubna.
Słownik Geograficzny z 1888 r. wymienia Rubno jako dobra rodu Daukszów (folwark: 1 dym i 14 mieszkańców katolickich; wieś odpowiednio: 15 i 83). Dziejów Rubna, nawet w wersji skróconej, nie znajdziemy ani w "Lietuviškoji Tarybine Enciklopedija" (1975-1986) w 12 T. ani w Tarybu Lietuvos Enciklopedija (1988) w 4 T. Natomiast Lietuviu Enciklopedija, wydana w 1957 r. w USA, mówi o Rubnie wyłącznie jako własności rodu Daukszów (niewątpliwie, rządzili tu najdłużej) zaznaczając, że z rozkazu władz radzieckich z dworu w Rubnie wywieziono "bibliotekę, dzieła sztuki i dokumenty", pomijając, że były one wyłączną własnością Obsta.
Zgodnie z Aktem kupna-sprzedaży z 1933 r. J. Budziński Rubno "sprzedał i na zupełną własność odstąpił" Janowi Obstowi i jego żonie "w równych między nimi częściach". "(…) Jan Budzyński vel Budziński oświadczył, że jak widać z wykazu hipotecznego tej księgi, jest on jawnym właścicielem folwarku Rubno (…), obejmującego powierzchni sześćdziesiąt trzy hektarów 7597 metrów kwadratowych". (Dla porównania dodam, że np. w 1905 r. majątek liczył 1100 ha). Obstów (trzecią osobą, która tu zamieszkała była matka Obsta - Maria Obst z Sokołowskich) majątek ten kosztował 25 tys. złotych polskich. Przebywali w nim głównie w okresie letnim, na stałe mieszkając w kamienicy przy zaułku Bernardyńskim 11.
Jan Obst nie pozostawił po sobie potomka. Żyjący jeszcze naoczni świadkowie, którzy bywali we dworze (pracowali, bądź przychodzili tu coś załatwić) nie mieszkali jednak w tym domu na stałe, a ich relacje co do wyglądu wnętrza i ilości pomieszczeń są bardzo mgliste (czas zrobił swoje) i niedokładne. Dlatego za prawdziwy cud uważam odnalezienie córki wspólnika Budzińskiego " Eugenii i jeszcze za większy, że zgodziła się ze mną odbyć "wędrówkę w przeszłość swojego Rubna".
Pani Eugenio, kiedy rozmawiałam z ludźmi ze wsi o śp. ojcu Pani, powiedziano mi, że był Rosjaninem. Skąd ta piękna polszczyzna?
Z domu, z Wilna, z Rubna. Mieszkaliśmy na Pohulance. Nasz dom na Wiwulskiego 18a dziś już nie istnieje. Ojciec prowadził sklep z wędlinami na Mickiewicza róg Tatarskiej. Kupił go na spółkę z panem Budzińskim, który z kolei miał sklep na Wielkiej Pohulance. Żona Budzińskiego była z Oskierków. Córki uczyły się w klasztorze u Wizytek przy ul. Piwnej. Po polsku mówiliśmy na okrągło. Chodziłam, co prawda, do rosyjskiego Gimnazjum im. Puszkina, najpierw na Ostrobramskiej (obecnie restauracja "Miedininkai"), później na Mickiewicza (obecnie restauracja "Neringa"), ale w domu do polskiej służby zwracano się tylko po polsku. Zresztą, w gimnazjum mieliśmy lekcje w tym języku np. z historii Polski współczesnej, geografii, literatury polskiej. Polskiego uczyła nas Pani Wołczacka - młoda, zgrabna, inteligentna. Największe poruszenie w klasie wywołała scena z mrówkami z "Pana Tadeusza", więc nazwana przez naszych chłopców "Telimeną" została już nią na zawsze. Dodam tylko, że kiedyś niemieckiego uczono nas tak, że tylko niektórych słów dziś nie pamiętam, a nie tak, jak obecnie - "tylko niektóre się pamięta". Angielski i francuski były na wybór.
Do dziś mam w oczach piękny portret naszego Patrona - poety Aleksandra Puszkina. Pochodził ze zbiorów prywatnych rodziny. Naszą opiekunką ("popieczitielnicą") była Warwara Nikołajewna Puszkina z domu Mielnikowa. Nie tylko odwiedzała naszą szkołę, ale i zapraszała do siebie na obiad, herbatkę, rozmowy. Lubiła uczennice inteligentne, które bardziej niż inne garnęły się do książek, kultury. Imprezy urządzała zwykle w stylu ludowym. Cała szkoła była na jej pogrzebie w Markuciach, powszechnie zwanych Puszkinówką. Tam, w rodzinnej kaplicy została pochowana. Pamiętam ten pogrzeb. Tyle o szkole. Natomiast powracając do mojej znajomości języka polskiego, to po polsku rozmawialiśmy utrzymując przyjacielskie i częste kontakty z rodziną wspólnika ojca, którego córki były moje i mojej siostry Wiery bliskie koleżanki. Polkami były najserdeczniejsze przyjaciółki, z którymi utrzymuję kontakt do dziś, a rozmawiamy ze sobą wyłącznie po polsku. Udało mi się ten język zachować też dzięki temu, że mój mąż był lekarzem i jakiś czas np. mieszkaliśmy w Nowogródku, wśród Polaków. Niejednokrotnie byłam też w Polsce, gdzie mój małżonek pracował jako lekarz wojskowy. Dlatego i moje dzieci znają polski.
Zresztą, po polsku mówiło się w międzywojennym Wilnie wszędzie: na mieście, w sklepie, w kościele. Nasza rodzina wyznaje prawosławie, ale mój tato zawsze powtarzał, ze Bóg jest u nas jeden. Byliśmy związani, nie tylko duchowo, z kościołem Serca Jezusowego, który już nie istnieje, a który zaprojektował Antoni Wiwulski. Natomiast latem przebywając w Rubnie troszczyliśmy się o istniejącą tam kaplicę katolicką. Ponieważ ksiądz przyjeżdżał do nas raz w miesiącu, jeździło się bryczką do kościoła w Ławaryszkach czy Bujwidzach.
Pamięta Pani tę kaplicę? Zachował się jej opis z 1820r. , zgodnie z którym ołtarz główny zdobił obraz " Najświętszej Panny Pocieszenia, sukienka miedziana posrebrzana, nie odejmująca się. Ten obraz zasuwa się drugim obrazem Matki Najświętszej w ramach drewnianych, bez żadnych ozdób"...
Tego nie pamiętam aż tak dokładnie, ale mam zdjęcie. Mój brat pasjonował się fotografią, więc dzięki temu wspomnienia naszego dzieciństwa są bardzo żywe. Ścieżka, wiodąca przez pole, do białej wówczas kaplicy, prowadziła już od werandy naszego domu w Rubnie. Co tydzień nosiłyśmy z siostrą i córkami pana Budzińskiego kwiaty. One zresztą haftowały piękne obrusy na ten ołtarz. Wielkie wrażenie sprawiał fakt, że przy wielkim ołtarzu znajdował się sklep, do którego składano ciała zmarłych dziedziców Rubna, m. in. rodziny Roubów, która rządziła w majątku przed nami. To była wielka przyjemność przyjść do własnej kaplicy, by się pomodlić. Cisza, spokój i ta tajemnicza przeszłość: kilka wieków historii, panowanie różnych rodów, zwichnięte losy ich przedstawicieli…
Kaplica pod wezwaniem św. Mateusza stanowiła część naszego majątku. Latem ożywało życie nie tylko Rubna, kiedy przebywaliśmy tu rodzinami w pełnym składzie, ale i kaplicy. Tu np. odbywał się fest, na który zjeżdżała się cała okolica. Z Bujwidz przyjeżdżał ksiądz. Jako dzieci braliśmy udział w przygotowaniu bramy, niezliczonej ilości wianków. Potem było u nas przyjęcie. My - prawosławni, Budzińscy " katolicy, ale nikomu nie przyszło do głowy spierać się o coś, czy coś dzielić… Ogromną radość czerpało się z bycia razem, możliwości obcowania, wspólnej modlitwy i posiłku dziękczynnego.
Czy ten przedwojenny instrument muzyczny w pokoju Pani pochodzi może z dworku rubieńskiego?
Nie, choć wówczas leżało w zwyczaju mieć fortepian w salonie szanującego się domu, jeżeli w nim przyjmowano. Zresztą gruntowne wykształcenie muzyczne otrzymywało się w każdej szkole. Mój ojciec kochał muzykę i znał się na muzyce. To piękne stare pianino, które Pani widzi przywieźliśmy z Nowogródka, choć to i wojna była… Mój małżonek Piotr Stasiuk (pobraliśmy się w 1936r.), absolwent medycyny Uniwersytetu Wileńskiego kochał muzykę i znał się na muzyce. A w wolnych chwilach zasiadał do fortepianu, by wydobywać zeń czarowne dźwięki, a potem córka. . . Czasem myślę, że może moja prawnuczka pójdzie też w rodzinne ślady. Mój małżonek pracował w Klinice Lietuvos Draugijos. Razem chodziliśmy nie tylko na imprezy kulturalne, ale i organizowane m. in. odczyty medyczne prof. Rose - słynnej gwiazdy wileńskiej. On to bowiem prowadził prace nad stanem mózgu Marszałka Józefa Piłsudskiego, który, jak wiadomo, przeznaczył swój mózg na cele naukowo-badawcze Uniwersytetowi Wileńskiemu. Po wojnie mąż pracował zawodowo w charakterze lekarza wojskowego, więc wysłano nas do Legnicy. Dzięki temu język polski w naszej rodzinie nie został zapomniany.
Co do muzyki, to od dzieciństwa jest ze mną, jak i zamiłowanie do książek. To wszystko zostało wyniesione z domu. Ojciec dbał o naszą edukację duchową. A np. gdy tylko zaistniała w Wilnie pierwsza możliwość nabycia radia, mieliśmy je i całą rodziną słuchaliśmy koncertów muzyki poważnej. Klasykę słucham do dziś. Ojciec skompletował nam piękną, zasobną bibliotekę. Ja i teraz mam więc w swoim domu sporo książek. Jestem Rosjanką, ale otrzymałam wszechstronne wykształcenie i wychowanie w międzywojennym, polskim przecież Wilnie. Nie wyobrażam więc, by można było nie znać i nie mieć u siebie na półce Żeromskiego, Sienkiewicza, Mickiewicza, Krasińskiego. Ojciec uwielbiał również teatr. Każdego lata były na scenie wileńskiej gościnne występy trupy teatralnej z Rygi. Pamiętam, że zawczasu kupowano bilety na wszystkie przedstawienia, na które jeździliśmy z Rubna całą rodziną. Bryczkę zaprzęgano w dwa konie, nasz zarządca tymczasem coś załatwiał na mieście, a potem przyjeżdżał po nas, by odwieźć z powrotem na wieś. Jeździło się też z Bezdan do Wilna pociągiem. A kiedy wracaliśmy, pan Godlewski już czekał z powozem. To były niezapomniane chwile, swoista szkoła życia, bo miłość zaszczepiona w dzieciństwie do sztuki pozostała i na stare lata. Jak już wspominałam, ojciec nie lubił handlu, a jego zafascynowanie Rubnem udzielało się i nam.
Rubno - najcieplejsze wspomnienie mego dzieciństwa. Pyszne domowe ciasto, rozmowy towarzyskie, herbatka w salonie. Tłumne (do nas i pięcioosobowej gromadki Budzińskich dołączała się czasem rodzina zarządcy) przesiadywanie na ganku przed drzwiami wejściowymi do dworku, wspólne wycieczki do lasu, jagodobranie i grzybobranie. A w tamtejszych lasach, jak u A. Mickiewicza w poemacie: " Grzybów było w bród (…)" Zrządzeniem losu moja córka nabyła ostatnio do-mek letniskowy właśnie w tej części Wileńszczyzny.
Co Pani wie o pochodzeniu swoich rodziców?
Oboje są spod Smoleńska. Mama miała na imię Eufryzja, z domu Mostykina. Jej ojciec, a mój dziad, Siemion Mostykin pracował na poczcie "jamszczikom", czyli był pocztowym z własnym koniem i furmanką. W owe czasy - intratna posada. Rzeczywiście, dorobił się swego i nabył majątek w okolicach Jarcewa, gdzie i przyszłam na świat. Mój tato - Grigorij, czyli jak go nazywali w Wilnie "Pan Grzegorz" wcześnie stracił ojca i był zmuszony wyruszyć w świat w "poszukiwaniu chleba". Z natury komunikatywny, lubił czytać książki, a każdą pracę wykonywał rzetelnie. Traf chciał, że w młodości spotkał wileńskiego kupca Zachara Stiepanowicza Grigorjewa (do dziś utrzymujemy kontakt z tą rodziną), prowadzącego zakłady winne i artykułów spożywczych. W Wilnie początkowo znalazł u niego pracę jako chłopiec na usługi, później był sprzedawcą i nie tylko, co pomogło mu założyć - przy czynnej pomocy właściciela - swój własny interes.
W Wilnie zamieszkał od 1905r. i zaraz sprowadził
mamę. Siostra Wiera - najstarsza z nas -przyszła na świat w
1907r. , brat Aleksy - w 1910r. W trakcie wojny ojciec nas
wywiózł do majątku dziadków Mostykinych. Dojeżdżał załatwiając
po drodze interesy związane z prowadzeniem sklepu. W stronach
mamy przyszłam na świat (1917r.). Ojciec był zagorzałym
przeciwnikiem komunizmu i kiedy się gniewał, wołał do mnie
"komunistka", gdyż urodziłam się w roku rewolucji. Zresztą,
miałam otrzymać na chrzcie imię Agafija, ale miejscowy pop był
uparty. Zapisano mnie jako Eugenię (bo urodziłam się w dniu
swojej patronki), ale tato wołał zwykle na mnie "Agapka".
Później była wojna 1919r. , więc nie mogliśmy jeszcze wrócić.
Ojciec przyjechał do nas nielegalnie. Za swoje antykomunistyczne
nastroje siedział w więzieniu. W 1920 r. wróciliśmy jednak do
Wilna i początkowo zamieszkaliśmy u Grigorjewa, stąd te
serdeczne stosunki do dziś, a w 1923r. przenieśliśmy się na
swoje, czyli na Wiwulskiego.
Majątek ojciec kupił w 1925r. na spółkę z panem
J. Budzińskim. To był przyjaciel ojca. Ojciec nie lubił zgiełku
miasta, a kochał ziemię. Marzył, by na starość tu zamieszkać.
Niestety…Rubno było naszym letniskiem, oazą prywatności i
spokoju. Zaraz po zakończeniu roku szkolnego nasze dwie
zaprzyjaźnione rodziny zjeżdżały się tu w pełnym składzie.
Natomiast przez cały rok o majątek dbał Jan Godlewski,
zatrudniony w charakterze zarządcy. Po raz pierwszy przyjechałam
tu w 1926r. Miałam wówczas 9 lat. Pamiętam to doskonale, gdyż
oblałam egzamin z matematyki.
Dom, to całe misterium… Przez otwarty ganek
wchodziło się do ogromnego holu. Po lewej stronie drzwi wiodły
do salonu (gry i zabawy). Parkiet, cztery okna, dębowe drzwi.
Zresztą, drzwi dębowe były w całym domu. Stąd szło się do pokoju
gościnnego, który choć miał tylko jedno okno, ale za to ogromne
i nie ocienione drzewami starego sadu, okalającego dworek.
Osobne wyjście prowadziło na werandę i do biblioteki, gdzie
książki trzymano na półkach. Stąd wchodziło się do jadalni,
drugie wejście było z przedpokoju. W końcu korytarza była
toaleta obita drewnem, m. in. z sedesem. Świron, gdzie składano
zboże, na piętrze miał ogromne pomieszczenie. Latem jako dzieci
lubiliśmy tu właśnie na sianie spać. Ten budynek przetrwał do
naszych czasów. Nawet mieszkają w nim ludzie.
Obok był piękny staw, aleja wiśniowa. Płoty
drewniane, piękne, bardzo charakterystyczne dla majątku w
Rubnie. . . Gdyby nie zdjęcia i pamięć, któż by dziś o tym
wiedział?. . . Pod oknami salonu - piękne klomby (w swoim czasie
również fontanna). Kwitnące kwiaty, okazałe kasztanowce i drzewa
jarzębiny otaczały nasz dworek. Był w sadzie prawdziwy fotel z
wyszlifowanych kamieni, z wysokim oparciem, poręczami. M. in.
częsty winowajca naszych dziecięcych kłótni, bo każdy chciał na
nim, niczym na tronie, się usadowić. Na pocieszenie pod dwiema
starymi cienistymi lipami stała ławka, nasz ratunek w letnie
skwary. Całe obejście było ogrodzone drewnianym płotem.
Od werandy prowadziła ścieżka do naszej kaplicy.
Była własnością majątku i naszą dumą. Ścieżka też była nasza,
ale wokół (mam na myśli drogę przez pole) był majątek pana
Kaczanowskie-go. Werandą można było obejść dom wokoło. Z lewej
strony był sad. Z prawej - pomieszczenia gospodarskie. Kuchnia
mieściła się w piwnicy. Był tam piec, gdzie wypiekano chleb, co
na nas, dzieciach z miasta, robiło wrażenie. W ogóle kuchnia
była dla nas miejscem szczególnym. Zawsze tu było ciepło,
przyjemnie pachniało i zawsze coś się dostawało smacznego.
Dębowe ławy i stół dodawały temu pomieszczeniu powagi. Przy
kuchni mieściła się duża spiżarnia, w której m. in.
przechowywano wędliny.
Do majątku należały trzy sady owocowe. Jeszcze
dziś pamiętam, jak smakowały tam jabłka grusze, porzeczki,
maliny… Pamiętam spichlerz na zboże, że była stodoła, i tzw.
murowanka do przechowywania mleka i jego przetworów. Mieliśmy
przecież swoje masło, śmietanę i śmietankę, sery, twarożek.
Nasza służba mieszkała w czworakach. . W majątku były trzy
piękne aleje: lipowa (najbliżej dworu), wiśniowa i brzozowa. Od
dzieciństwa byliśmy zżyci z przyrodą, kochaliśmy tę ziemię.
Lubiliśmy przebywać nad stawem, dokąd się szło aleją wiśniową.
Może pamięta Pani w czyich rękach było Rubno
przed Waszym przyjazdem?
Stara, siwiuteńka, zbolała, zasmucona. Widać
było, że coś ją gryzło od wewnątrz, że nosiła w sobie wielki
ból… Rzadko wychodziła, z nikim nie obcowała. Nie wiem kto jej
pomagał. Ludzie mówili, że dwór w Rubnie nie miał szczęścia do
gospodarzy (m. in. był dawany w arendę Żydom), że niejednego
zniszczyła wódka. Słyszałam, że Obst, który był tu właścicielem
po nas, też pijał. Rysiek, czyli syn pani Roubiny
(przedstawiciele tego zacnego rodu szlacheckiego spoczywali w
podziemiu kaplicy św. Mateusza) przepił dużą część tego majątku.
Ojciec kupił go, kiedy był już mocno okrojony. Wg niektórych
relacji młody Rouba nie tylko pił, ale i namiętnie grał w karty.
("Cały dziedzic tej ziemi" był właścicielem kilku innych
majątków na Wileńszczyźnie, m. in. takich, jak np. Jeziorki,
Narbuciszki, Podjeziorce - przyp. aut.) Zmuszony do oddania
palącego długu musiał sprzedać dworek… Pani Roubina nie mogła
tego przeżyć… Syn zamieszkał w Wilnie. Miał tam swoją kamienicę.
Do Rubna, (przynajmniej w czasie naszego tu pobytu) nie
przyjeżdżał. Któregoś letniego dnia znaleziono panią nad
krynicą. Poszła po wodę (lubiła tam chodzić sama) i już nie
wróciła…Kto organizował pogrzeb nie pamiętam… Miałam wtedy 10
lat.
W tym roku po raz pierwszy od wielu lat zmusiłam
siebie do odwiedzenia tych stron. Dale-kich, ale jakże dla mnie
bliskich. Tam, gdzie stała nasza kaplica (później przeniesiona
do Mościszek) jest m. in. kamień nagrobny z napisem: //Ryszard
Rouba // szlachcic herbu Drogomir // urodzony w 1890r. To
pamiątka od rodziny z Polski (niektórzy mówią, że siostry). Nie
wiem, czy panicz został tu pochowany (nie wskazano na pomniku
daty śmierci), czy jest to tylko grób symboliczny…
Jak wypadła wizyta w Rubnie?
Nadspodziewanie pięknie, choć była to smutna
wizyta. Co tu ukrywać… Jako podlotek opuściłam ten dom, sad,
ziemię w stanie zadbania i rozkwitu, a znalazłam ruinę…
Wdzięczna jestem jednak córce za to, że namawiając mnie po 70
latach nieobecności na odwiedzenie Rubna, zrobiła mi ten prezent
życia. Była to nostalgiczna podróż w świat mojego dzieciństwa i
domowego raju.
Przyznam szczerze, że jechałam do Rubna z
mieszanym uczuciem. Odwiedziliśmy naszego starego znajomego pana
Romualda, seniora rodziny Likszów, który za czasów bytności tu
Obsta pomagał swojemu ojcu, zatrudnionemu w majątku. Z kolei
Tadeusz, jego syn wskazał nam drogę do dworku. Niektóre
zabudowania gospodarcze, m. in. murowanka, czworaki się
zachowały. Z byłego okazałego dworku została tylko podmurówka…
Dowiedziałam się, że Obsta bezkarnie wyrzucono stąd, w 1940r.
zabrano i wywieziono mu wszelkie dobra materialne, a po wojnie
była tu siedmioletnia szkoła, do której też chodził syn Likszy -
Tadeusz), która spłonęła w latach pięćdziesiątych (w 6 lat po
założeniu kołchozu "Pobieda"). Później wybudowano tu stodołę,
dziś mocno podniszczoną i bezużyteczną.
Byłą kaplicę przypominają mi tylko szumiące
drzewa. Był słoneczny wrześniowy dzień. Z wolna opadały szemrząc
różno-barwne, jak życie człowieka, liście. Nostalgia za tym, co
"przeminęło z wiatrem" była taka silna… Oprócz pomnika
nagrobnego, pięknego zresztą, Rouby stoją trzy krzyże w jednym
rzędzie: miejsce wiecznego spoczynku: Obsta, jego matki i żony.
Też nie byli tu szczęśliwi…
Widziała Pani osobiście Obsta? Jak wyglądał?
Jak wyglądał? Niewysoki, łysawy, okrągła twarz.
Mówiono, że już wtedy bardzo pił. Nigdy więcej go nie widziałam
i nigdy więcej nie byłam w majątku. Wszystko przemija. Nie ma
nic trwałego na świecie… Wdzięczna jestem jednak losowi za
ostatnią jesień!
Chciałabym też podziękować redaktorowi naczelnemu
za to, że za pośrednictwem "Naszej Gazety" tyle dowiedziałam się
o tak arcyciekawej postaci, jaką był Jan Obst. Dziękuję, że
wyciągnęliście mnie na wspomnienia, które wydawały się być
nikomu niepotrzebne.
Sylwetka J. Obsta w świetle relacji naocznych
świadków
Pisząc o J. Obście na łamach "Naszej Gazety"
("Samotnik na bezmiernych błoniach…" 1998, nr 16, 17, oraz 18) w
Roku Mickiewicza - Obst założył muzeum mickiewiczowskie,
gromadził po nim pamiątki, był autorem publikacji na temat
Wieszcza etc. -zdawałam sobie sprawę, że w poszukiwaniu prawdy
bardzo ważne są źródła archiwalne, jednak nic nie może zastąpić
świadectwa płynącego bezpośrednio z jego autografów oraz relacji
mimowolnych świadków naocznych. Tych, którzy tak samo jak Obst,
znaleźli się między szprychami bezlitosnej historii. Zostali
okradzeni przez Sowietów, byli prześladowani, cierpieli wraz z
rodzinami na zesłaniu.
Za pomoc dziękuję Wandzi, córce pana R. Likszy
oraz wnuczce Justynce, które ze mną wybrały się na grób rodziny
Obsta, kiedy przyjechałam do Rubna po raz pierwszy; wnuczce A.
Gałeckiego - Wioletce za to, że zechciała mi towarzyszyć w
podróży; Maryni Wiszniewskiej- dziewczynce spotkanej na drodze w
Mościszkach, za bezinteresowną uczynność. Możliwości tej
skromnej broszurki są ograniczone. Niech więc wybaczą mi
wszyscy, z kim rozmawiałam w Wilnie, Kuprijaniszkach,
Ławaryszkach, Mościszkach, Rubnie, Nowosiołkach, Dziekaniszkach,
Czyrwiszkach oraz Bujwidzach, że nie wszystkie wypowiedzie
(tudzież zdjęcia) zostały zamieszczone w danej publikacji.
Zapewniam jednak, że czekają na szersze opracowanie. Dziękuję
wszystkim. Życzę zdrowia i jak najdłuższej pamięci. To dzięki
Wam pamięć o Obście jest wciąż żywa.
Ks. Jan Pryszmont: "Droga Pani Liliano! Dziękuję
za list. Cieszy mnie pasja życiowa Pani i gorąco życzę poważnych
osiągnięć. Podzielam Pani zdanie, że J. Obst był znaczącą
postacią. Miałem przyjemność go poznać i przeprowadzić kilka
interesujących rozmów. (…) Dowiedziawszy się o jego już
śmiertelnej chorobie - pojechałem i zaopatrzyłem na śmierć. (…)
Oczywiście to już tak dawno było - tyle rozmaitych i nieraz
ciężkich przeżyć oddziela mnie od tych czasów - a w dodatku
jestem już b. starym dziadkiem. " (z korespondencji prywatnej
autorki, sierpień 2000r.).
… Na rozstaju dróg Rubno-Majkuny stoi przydrożna
figura Matki Boskiej, wg świadectw okolicznych mieszkańców
"słynąca ze swej dobroci". Została pozbawiona rąk. Pani Cz.
Butkiewicz, która tu kiedyś mieszkała, opowiedziała mi historię
pewnej obłąkanej z pobliskich Kojran. Karmiła piersią niemowlę,
mąż zadźgał je nożem. Odtąd błąkała się po okolicy, majaczyła.
Kiedyś wydało jej się, że na rozdrożu stoi jej mąż. Próbowała
walczyć i odbiła ręce na gipsowej figurce.
Przyglądam się jej z zainteresowaniem. Robię
zdjęcie. Rozmyślam. Niby drobny szczegół, a ile potrafi
powiedzieć. " Widziała pani Matkę Boską, co z obciętymi przez
Ruskich rękoma stoi i czasy tamte każe przypominać" - pyta mnie
pani W. Oberlan. Toć jeszcze pan Obst, nasz były właściciel ją
na prośbę swojej żony z Polski na zamówienie sprowadził, z Wilna
do Bezdan pociągiem przywiózł, a do Rubna- bryczką i ustawił
przed wejściem do swojego majątku. Błogosławiła każdego, kto
tędy przechodził. Było to drugie, obok kaplicy, miejsce święte w
Rubnie. Pan Obst miał ojca Niemca, a jego żona Węgierką była.
Oboje mówili jednak pięknie po polsku. Chodzili do naszego
kościoła i czcili nasze tradycje. Ja krowy u nich pasłam. Na ich
piękne pokoje mówiliśmy "pałace". Ile tam srebra i porcelany
było to nikt nie policzy…Była też uroczystość wyświęcenia tej
figury specjalnie wydanym na tę cześć obiadem…"
Antoni Gałecki: Obst kupił Rubno z licytacji.
Ostatni dziedzic Rubna, szlachcic Rouba przepił majątek. Jakiś
czas urzędowali tu Żydzi. Obst kupił folwark z gospodarstwem ze
zdjęcia, tak mu przypadł do gustu.
Ubierał się jak w telewizji, wedle mody. Kapelusz
z piórem nosił. Był średniego wzrostu. Po śmierci matki i żony,
kiedy został sam, zrobił się siwy jak gołąb. Nie był skąpy. Na
parce koni udawał się bryczką najczęściej do Bujwidz. Zimą - na
sankach. Często przechadzał się z fajką, spacerował dróżką koło
dworu, landrynki ssał. Rodziny u niego pracujące miały do woli
wszystkiego. Kto u niego był, nikt nie żałował. W domu pisał
książki. Miał specjalny gabinet. Meble były piękne, rzeźbione.
Radio, zegarki, obrazy. W domu czysto. Ańcia Butkiewiczowa i
Polcia Suchodelska pomagały Pani. Żona jego - kobieta przyjemna,
ale niechlujnie się ubierała. Cyganka chyba była. Lubiła psy i
koty. Psów mieli 4, a kotów chyba 10. W gospodarstwie pomagał
Wertelek. Ot, co gospodarny był, to gospodarny, na ogrodnictwie
się znał.
Mieczysław Oberlan: Mądry to był człowiek,
światły i dobry. Pamiętam, wchodzę pierwszy raz na pokoje w
pałacu rubieńskim, a tam napis ogromny na ścianie: "Ci, co w tym
domu bywają, co mnie życzą, niech sami mają. " Tak ja i dziś mam
te słowa w pamięci. Chcieli mnie do Niemiec na roboty wysłać. To
mi prośbę Obst sam ułożył i napisał od ręki, zostawili mnie w
spokoju. Po dziś dzień wdzięczny mu jestem.
Ja u niego nie pracowałem i w domu jego byłem
tylko ten jeden raz. Ale w majątku -nieraz. Ładnie tam było.
Wertelek mu gospodarstwo prowadził i o wszystko dbał. Piękna
posiadłość. Wszędzie drzewa, kwiaty, staw… Ja w tym stawie konie
kiedyś kąpał, a staw do Obsta należał. Wstyd mi było, że mnie na
gorącym uczynku gospodarz przyłapał. Ale on dobry człowiek był.
" Będzie potrzeba - mówi - to korzystaj. "
W kościele Obst miał swoją ławeczkę w pobliżu
ołtarza. Przychodzili we trójkę - matka, żona i pan. Pan był z
gestem. Miał fantazję. Zawsze w garniturze i zawsze dawał na
kościół po 10 zł. polskich, toć wtedy wielkie pieniądze były. A
potem jak ubogi mieszkał. Pogrzeb był taki cichy… Tam pod
kaplicą jeszcze w XIX wieku moi dziadkowie, Bojarunowie też byli
pochowani. Ależ czyż Sowieci umieli uszanować miejsca święte?….
Nigdy nie zapomnę, jeszcze za bytności w Rubnie Obsta, jak dwie
ciężarówki sowieckie zajechały i calutkie książkami załadowane
gdzieś powieźli… Mówili, że Lenina on znał, uczył się razem.
Mieli go na Sybir posłać. Za co? Toż Polakiem był i uczonym.
Tyle gazet i książek, co u niego, Sowieci nigdy nie widzieli w
żadnej bibliotece. Toż całe pokoje aż do sufitu założone były…
Romuald Likszo: Kiedy wróciłem z rodziną z
Syberii, Obst już nie żył. W Rubnie miał 64 ha ziemi. Pracowały
u niego 4 rodziny parobków. Do tego dwie panie pomagały przy
kuchni. Do dworu chodziłem często ze swoim ojcem. Józef miał na
imię. Obst mówił po łotewsku, niemiecku, rosyjsku i polsku.
Litewskiego nie znał. Wspaniały człowiek, życzliwy. Przed
śmiercią sporządził plan swoich dóbr, swoje ziemie przydzielił
do sąsiednich miedz. Pomo-gło to potem nam je od-zyskać.
Zarządzał tu wszystkim Wertelek. Z Polski był. Znajomy, czy
przyjaciel nie wiadomo. Jednak był jego powiernikiem, nie
opuścił do końca życia. Był mu jak rodzony.
Typowym rysem jego biografii był fakt, że ciągle
pisał. Był redaktorem, ale nie tylko do gazety pisał. Wszystko
zapisywał w swoich zeszytach. Ojciec bywało do Wilna jechał, to
po 100 zeszytów naraz jemu przywoził. Pijał, ale silny był
człowiek. Zawsze uczęstuje, ale sam to pół litra spirytusiku
potrafił wypić. Pijanego jego nigdy jednak nikt nie widział. Pod
humor śpiewał ulubioną piosenkę: "Pij bracie, pij. Na starość
torba i kij…" Sprawdziły się te słowa … Golutki został … Dom mu
zabrano. Tu szkoła była. Mój syn Tadeusz do niej chodził.
Czesława Butkiewicz: Ładny był mężczyzna ten
Obst. Pełny, jasna cera, solidny. Chodził w garniturze. Lubił
czytać książki, grać na pianinie, słuchał radia. Radio to w tym
domu pamiętam. Bywało nam dzieciom, pozwoli pokręcić, posłuchać.
Dużo palił, często wypijał. Mój ojciec pracował we dworze
furmanem, wszędzie mu towarzyszył. Obst nieraz mu się zwierzał z
życia prywatnego. Ojciec bywał u jego i w domu wileńskim, gdzie
poeta Adam Mickiewicz mieszkał. Pogrzeb był w 1954r. On mu już
po śmierci swojej żony powiedział:" Jak umrę, to ty wykop mi
dół". Msza w Bujwidzach odbyła się potajemnie… Ksiądz był taki
dobry, ale prześladowali go, więc później do Polski wyjechał.
Życia by mu tu nie dali. Jeszcze by gdzieś wywieźli. . .
Starą Obstową też pamiętam. Spokojna kobieta
była, dobrotliwa. Ona i zmarła cicho. Znaleźli ją na kamieniu
siedzącą… Była taka żywotna, umysł miała jasny. Dobry był syn.
Nie zostawił jej samej na starość. Sprowadził do Wilna, a potem
do Rubna przywiózł. Kiedy mama urodziła najmłodszego braciszka
(mama pracowała u nich w polu i sadzie), to pani Obstowa
chciała, by nazwać jak męża- Hermanem lub jak syna- Janem. Na
chrzcie nadali mu imię Jan, to stara Obstowa wszystko
sfinansowała.
Pani młodsza Róża, wyglądała jak Cyganka. Tak też
i ubierała się, zawsze w szerokie spódnice… Z bryczki
zeskakiwała lekko. Nie pamiętam, żeby ładna była. Dobra była
chyba dla swojego męża, bo jak zmarła, płakał i płakał. . Obst,
jak został sam, to bał się, więc tata z panem Maciejewskim
nocowali we dworze. "Nie trzeba bać się. Ja głęboko zakopał"-
tłumaczył ojciec. Pani Róża zmarła na zapalenie płuc. Doktor z
Bujwidz za późno przyjechał… (. . .) Cała rodzina spoczęła przy
majątkowej kaplicy Obsta, w miejscu Jurzdyką niegdyś zwanym. A
kaplicę przeniesiono do Mościszek. Tańce tu urządzano za
Sowietów. Teraz znów możemy w jej ścianach chwalić Boga. . .
Maria Narejko: Dobrze to ja pamiętam ks. Jana
Pryszmonta, który odwiedzał Obsta. Był księdzem naszej parafii.
Pracowałam w kołchozie w Bujwidzach. Doiłam krowy. Na naszych
terenach Jan Obst był zadziwiająco wykształconym człowiekiem.
Był tak mądry, że nieraz proszono go o radę, pomoc i zdanie. A
przemawiał bardzo ładnie. Czas zatarł w mojej pamięci jego rysy
twarzy. Pamiętam jednak dobrze, że był łysy, krągły. Był
człowiekiem lubianym, niejeden mu wiele zawdzięczał...
Władysław Czepułkowski: Moja żona pomagała w
majątku w robotach domowych, ale też i w polu. A ja chodziłem z
ojcem, bo mu półki na książki robił. A tych książek to było
tyle, że w głowie się nie mieści. . Tak co wieczór od razu
gospodarz płacił, a ojciec był zdziwiony, bo jeszcze praca nie
była skończona. "To już twoje - mówił pan. Mnie cudzych
pieniędzy nie trzeba". Nigdy nie skąpił. Ubrany w garniturze,
akuratnie, fajeczkę pykał. Notesik zawsze na stole leżał. Ktoś
coś powiedział, a on już i zapisał.
Swoich dzieci nie miał, to dla cudzych miał dużo
sentymentu. A nas tak i ciągnęło jesienią pod te ich rozłożyste
kasztanowce, by kasztanów do kieszeni nawciskać. To on wyjdzie
bywało, uśmiechnie się. Dwóch psów miał kudłatych - białego i
czarnego, jak to w życiu dla kontrastu bywa. Ciągle wołał na
nich: Basa! Basa!
Pani Róża to nas i cukierkami częstowała.
Udawała, że z drzew się sypią. Co rano z psami na spacer
wychodziła. (Pani miała swoje psy, a pan swoje). Postawna była
kobieta. Głos męski, ale dobra. Widzi, że my na widok psów idąc
do szkoły do płotu się przyciskamy, to ona mówi: "A nie lękajcie
się. Ja ich trzymam". Było u nas kiedyś w albumie rodzinnym
zdjęcie dworku Obsta, bo jak jego w 1940r. wysiedlili, to on
jakiś czas mieszkał tam dalej, w opuszczonym domku naszych
krewnych. Nosiliśmy mu jedzenie, inni też. On tu przecież
wszystkim pracę dawał i hojnie wynagradzał. Czyż można było
pozwolić, by marnie zginął?. . Potem chcieli go wywieźć. Na
przesłuchaniu był w "sielsowiecie" w Mickunach. Nie wiem, czy
starością wymówił się, czy tym, że na uniwersytecie w Rosji
uczył się ze Stalinem. Zawieźli jego do Dziekaniszek…
Julian Bezganowicz: Ruscy z kołchozowymi ich
wyrzucili, by nie dochodzili swego. Majątek przyłączyli do
kołchozu. Mieli oni trochę złotniaków ukrytych, to Wertelek w
wielkiej tajemnicy na rynek chodził, by na jedzenie wymienić,
inaczej by pomarli z głodu. A co ludziom oddali na przechowanie,
kiedy z Rubna ich wysiedlili, to kto zwrócił, swego jeszcze
dodał, a drudzy skorzystali, plecy pokazali. Obst też zapisał na
klasztor, to Wertelek doglądał go do końca. Bywał u nas.
Rozmawiał. Potem prawie zupełnie głuchy był (wojna i nerwy), to
pisał na kartce. Tak porozumiewaliśmy się.
Wertelek opowiadał, że Obst znał 15 języków. To
dlatego na wojnie w 1919r. był tłumaczem. Nawet zdjęcie, gdzie
on stoi ubrany w mundurze jest. Z Leninem się uczył, sam
powiadał. Nie wzięli go, bo już za stary był, chory. Popijał
sobie, bo przeżył śmierć żony i dziecka. Artystką była. Na
scenie stanęła na pestkę od śliwki, zabiła się. . . A w czasie
wojny przez całą noc Obst chował się od Niemców - w jeziorze
siedział, to go paraliż chwycił, a jak pociągnie kieliszeczek,
to lepiej się czuł. On tu w Dziekaniszkach z nikim nie chciał
rozmawiać. Czasem tylko księdza przyjmował, a tak wystarczało mu
obcowanie z Wertelkiem Obaj byli wykształceni, obaj dużo
przeżyli, to mieli o czym pomówić. Żal było tych trzech
samochodów książek (tak mówił Wertelek), które od Obsta
wywieźli. Część, zdaje się, do Królewca trafiła. Dużo ich było w
języku niemieckim. A zegarek Adama Mickiewcza (Obst kupował i
zbierał po nim pamiątki) stoi w muzeum w Nowogródku. Miał też
kiedyś w swoich zbiorach domniemane łóżko króla Łokietka. Lubił
starocie zbierać, znał się na nich, jak i na historii. Pieniądze
kiedyś miał, to kolekcjonował sobie.
Książki Obst kupował kiedyś i kupował. Całymi
workami. Wszystko chciał szkołę dla sierot i podrzutków założyć,
bibliotekę urządzić, by światłymi ludźmi byli. . Cóż, szkoła w
jego dworku nawet była. Ale smutny los tego wszystkiego.
Niezbadane są wyroki Boskie… Po śmierci pana Wertelek sam
siedział w tym domu, a potem to już nikt. Rozebrali go.
Fortepian, na którym Obst grał do ks. Toporka do Ławaryszek
Wertelek zawiózł. Pogrzeb był bardzo skromny. Trumnę
zatrzymaliśmy na chwilkę przed jego majątkiem, przed figurką
Matki Boskiej, którą on przywiózł i sam postawił. Ksiądz wyszedł
z kaplicy, poświęcił grób. Pochowaliśmy go najbliżej kaplicy.
Wertelek po śmierci Obsta wyjeżdżając do Polski
zostawił u mnie jego papiery, na strychu ukryłem. Bałem się
trzymać. Teraz mam 98 lat. Wówczas młodszy byłem, to strach… Ale
myślę sobie: Jak to zniszczyć, człowiek tyle pisał, pracował,
trudził się. Papierów nikt nie wytropił, ale myszy część
zjadły…. Zdeponowano je w Polsce, to nawet podziękowanie
otrzymałem za to, że "narażając się na represje" przechowałem
rękopisy pana Obsta.
Kim był tajemniczy "Wertelek"?
Na to pytanie szukałam odpowiedzi kilka lat.
Żaden ze świadków naocznych nie znał jego imienia. Na
zachowanych zdjęciach Obsta oraz jego pierwszej żony Bianki był
zostawiony podpis: W. Wiertelak. "Zaczepiłam się" o wypowiedź
jednego ze świadków naocznych, kobiety, która m. in.
powiedziała: "Kim był "Wertelek"? Nie wiem. Może księdzem?. . .
Na kobiety jako mężczyzna nie spojrzał, kobiet nie miał i
kobiety do niego nie chodziły".
Udałam się do Polski. Próbowałam zasięgnąć
informacji w kręgu duchowieństwa. W międzyczasie nawiązałam
kontakt korespondencyjny z ks. Janem Pryszmontem - byłym
proboszczem parafii w Bujwidzach (on również, jak i towarzysz
niedoli Jana Obsta był zmuszony wyjechać w swoim czasie do
Polski), który odprowadzał w ostatnią drogę Obsta. Oto fragment
jednego z listów: "(…) co do Wojciecha Wiertelaka. Był to brat
ze zgromadzenia salezjanów - i on opiekował się Obstem. A
wynikało to z tego, że Obst zapisał w spadku swój dworek i
folwark (bodaj około 40 ha) salezjanom. Brat Wiertelak po
śmierci Obsta repatriował się do Polski (…)"
Za zrozumienie, udzielenie informacji i pomoc w
szukaniu dokumentów oraz napisaniu niniejszego artykułu dziękuję
ks. Janowi Pryszmontowi, ks. Krzysztofowi Jakubowskiemu
(salezjaninowi), proboszczowi parafii Bujwidze ks. Witoldowi
Zuzo oraz ks. Waldemarowi Witoldowi Żurkowi, Autorowi pięknej
książki "Jeńcy na wolności", na łamach której został złożony
hołd braciom zakonnym, przymusowym "obywatelom" sowieckim.
Wojciech Wiertelak - zarządca majątku Jana Obsta
był koadiutorem, czyli duchownym wyznaczonym przez władze
kościelne do pomocy duchownemu wyższego stopnia.
Urodził się 14 kwietnia 1886r. w Łąkocinach
(okolice Poznania) w rodzinie Jana i Anny z Zimniaków. W wieku
15 lat został zapisany do Zakładu im. ks. Bosko w Oświęcimiu,
gdzie ukończył 4 klasy gimnazjalne. W 1908r. został przyjęty do
nowicjatu w Radnej. W dwa lata później złożył tu śluby zakonne.
W 1913r. . złożył w Oświęcimiu profesję wieczystą, wiążąc się na
całe życie ze zgromadzeniem salezjanów, które zajmowało się
wychowaniem młodzieży męskiej. Zgromadzenie to, mające za swego
patrona św. Franciszka Salezego, założył we Włoszech - "dla
dobra młodzieży"- w XIX stuleciu ks. Jan Bosko (wł. Giovanni
Bosco).
Lata 1914-16 spędził W. Wiertelak na wojnie w
Rosji oraz Francji, gdyż jako poddany pruski został powołany do
wojska niemieckiego. Po powrocie pracował w administracji biura
Zakładu im. Ks. Bosko w Oświęcimiu. Wkrótce został przeniesiony
do Kleczy Dolnej, skąd - do Krakowa, później do Antoniewa. W
swoim życiu salezjańskim przeważnie pełnił funkcję pracownika
administracyjnego w zakładach zgromadzenia albo pracował w
gospodarstwie rolnym. "Rozrywką" nazywał zamiłowanie do uprawy
gruntów". W latach 1929-39 koad. W. Wiertelak zarządzał
majątkiem w Dworcu, który w swoim czasie księżna Maria
Radziwiłłówna z Zawiszów przeznaczyła na cele dobroczynne.
Dworzec, leżący w woj. nowogródzkim we wrześniu
1939r. został zajęty przez Sowietów. Prawie na 20 lat koad.
Wojciech stał się "obywatelem" byłego ZSRR: Nowogródek, Wilno,
Kamienny Most, wreszcie Rubno. W Rubnie zamieszkał w dworku Jana
Obsta. Pełnił obowiązki zarządcy. Wg relacji naocznych świadków
"był bardzo ludzki", "nie poganiał do pracy", "cierpliwie
tłumaczył", "znał się na rolnictwie", "kochał ziemię".
Kiedy w 1940r. do Rubna wkroczyli Rosjanie,
pozbawiając Jana Obsta dachu nad głową, mienia i środków do
życia, koad. Wojciech podzielił jego los. Obst skazany w 1941r.
na Syberię ostał. Jakiś czas przebywał w domku Aleksandra
Borkowskie-go, który z rodziną na wieść o zesłaniu zdążył
wyjechać do Polski. W. Wiertelak marzył o powrocie do swoich.
Najwyraźniej był jednak na tzw. czarnej liście, pod stałą
obserwacją, o czym świadczy zachowany jego list pisany w Rubnie
26 kwietnia 1948r. do siostry Agnieszki Kra-wiec, która
informowała o śmierci brata Piotra (ks. Piotr, rodzony brat koad.
Wiertelaka, który zm. 1947r. również był salezjaninem). " (…) Na
razie - pisze W. Wiertelak- nie mogę pod żadnym warunkiem
przyjechać! Jak tylko nadarzy się okazja to przyjadę o ile P.
Bóg da doczekać. Bardzo ci dziękuję za wiadomości rodzinne! (…)
Zostaw mi fotografię śp. ks. Piotra, bo u mnie wszystko spalone
prócz jednego, listu śp. naszej Mamusi…"
Właściciel Rubna, najprawdopodobniej na początku
lat pięćdziesiątych, został przesiedlony do Dziekaniszek.
Okoliczni mieszkańcy dokarmiali go, choć prawie z nikim w tym
czasie nie obcował. W. Wiertelak zamieszkał ze swoim byłym
gospodarzem w starym opuszczonym pustym domu, należącym kiedyś
do Józefa Stankiewicza. Pracował jako ogrodnik w pobliskim
kołchozie "Pobieda". Obstowi pomagał przetrwać nie tylko
moralnie, ale materialnie. Był cenionym fachowcem nie tylko w
tym zawodzie. Miał przecież za sobą doświadczenie w
administrowaniu. Wg relacji Anny Butkiewicz z Mościszek, która w
swoim czasie pracowała w dworku Obsta, Wiertelaka zapraszano na
różne posiedzenia i zebrania, - brał w nich udział niechętnie -
o ile była potrzebna mądra i rezolutna rada. Oczytany,
wykształcony górował nie nad jednym zwierzchnikiem.
Po śmierci Obsta (marzec 1954r.) koad. Wojciech
zorganizował mu pogrzeb. Wkrótce zaczął się starać o wyjazd do
ojczyzny - Polski. Niestety, zatrzymano mu wizę. W swoim czasie
w Nowogródku skonfiskowano mu książeczkę inwalidzką (na wojnie
miał zranioną nogę: uszkodzenie żyły Achillesa oraz przerwany
puls lewej ręki), która mogłaby w tym wypadku okazać się
pomocną, jednak Moskwa nie chciała interweniować.
Rodzina z Polski starała się u władz o powrót
stryjka, który został od czasu wojny "po tamtej stronie". 12
czerwca 1956r. Wojciech Wiertelak pisał do krewnych: "Ukochani!
(…) Na razie nie wysyłam Wam listu żadnego, jaki
byłby potrzebny do Ministerstwa w sprawie mego przyjazdu do
Polski. W marcu tego roku, jako także po inne lata, zawarłem
umowę z Zarządem Kołchozu do wyhodowania na duży obszar warzywa.
Nie mogę zatem zerwać umowy gdyż to przyczyniłoby się do
wielkiej straty. Zostawmy to zatem na zimowy czas! O ileby miał
tu ktoś przyjechać radziłbym bardzo odłożyć do przyszłego lata!
Od wypadku trochę wyjaśniam; z Wilna autobusem do
Ławaryszek; do Dziekaniszek zaś 9 km. pieszo! Wyjaśniam, że
mieszkam nie w Rubnie; już od kilku lat, ale w Dziekaniszkach.
Tu bowiem założona cieplarnia i na większą skalę inspekta. W
Rubnie zaś zdałem swoją ziemię w raz zabudowaniem gospodarczem
dobrowolnie pod kołchoz. W domu mieszkalnym zaś (dworku Obsta -
przyp. aut.), mieści się ośmioklasowa szkoła. Ja natomiast
mieszkam w małym domku cudzym blisko mego zajęcia. (…)" Do listu
Wiertelak załącza postscriptum: "Choroba moja sercowa
złagodniała; natomiast słuch mi się ciągle pogarsza".
… Pięknym sierpniowym popołudniem 2000r. jadę do
Dziekaniszek. Po raz drugi. Pokazano mi tu kiedyś łaźnię. Z
miejsca jednak stwierdziłam, że brakuje jej przysłowiowej
patyny, by mogła pamiętać czasy Obsta. Upadł mit o "starej
rozpadającej się łaźni", w której jakoby ostatnie lata swego
życia spędził Obst obok Wiertelaka. Sama o tym też kiedyś
pisałam, powtarzając naiwnie w ślad za dziennikarzem, który na
pewno nigdy tu nie był. Jakże wszystko inaczej wygląda z
autopsji…
Historyczna wzmianka o Dziekaniszkach jako takich
jest datowana 1412r. , kiedy to WKL Witold nadał je na dochód i
utrzymanie dziekana - stąd ich nazwa - przy Kapitule Wileńskiej.
Jeden z najstarszych obecnych mieszkańców tej wsi Wincenty
Miliszkiewicz (86 lat) pamięta jeszcze budynki należące do
mnichów i znajdujący się na ich terytorium browar.
Pani! Mój dziadek, wieczny pokój, był bardzo
silnym człowiekiem. Za pańszczyzny zarobił kopę żyta. Pan mu
powiedział: Bierz, ile za raz udźwigniesz. Mieszkaliśmy dalej, o
tam, więc zostawił to wszystko w pobliskim rowie. Nas,
dzieciaków, posłał abyśmy do domu je przynieśli. Pani, ależ
gdzież tu przyniesiesz za jeden raz… To by na cały wóz
starczyło. Taki to był silny człowiek…
Czy znane jest w waszej wsi takie nazwisko jak
Obst?
A jakże! Toć tu wszyscy jego znali. Świętej
pamięci sąsiadka Jadwiga Suświło Niemkini była, po niemiecku z
nim rozmawiała. Dobrze mówił, ale po polsku lepiej. Czysto. Był
Polakiem całą gębą. Po polsku śpiewał, a książek, gazet
sprowadzał bez liku. My tu jak świat światem tego nie widziawszy.
Mówią i piszą, że żył tu w strasznej nędzy.
Dogorywał w starej rozpadającej się łaźni na końcu wsi?
Obst to już minione czasy, legenda. . . Ja,
proszę panienki, mieszkam tu od urodzenia. Pana Jana Obsta znał
osobiście, w pałacu u niego, tu w Dziekaniszkach, bywał…
W pałacu?…To on tu w pałacu mieszkał?…
Kiedy jakiś właściciel majątku mieszka, to jakże
tu inaczej powiedzieć. Ściślej mówiąc, był to tylko dom. Kiedyś
nawet piękny. Do Stankiewiczów należał, córka jego na
fortepianie grała. Obst też grał… Dom był drewniany, wcale nie
mały. O tam, widzi panienka, na tym polu. Po mnichach ziemia ta
była własnością rodziny Stankiewiczów, nie należeli tu do
biedoty. Do Polski "drypnęli". Czasy były niespokojne…, rozumie
panienka. Na uboczu, na odludziu, w samotności stała
budowla…Przesiedlili tu świętej pamięci Jana Obsta. Mądry był
człowiek i pisaka. Kiedy nie przyjedziesz, to on pisze i pisze.
A jak mówisz, to on słucha i też pisze. Gospodarz tu prawie
niczego nie zostawił. Pamiętam, że stał stół, krzesła i
fortepian…, ale w jakim stanie nie powiem. Och, jak grywał, jak
śpiewał… A jeszcze mówili, że po śmierci swojej pierwszej żony
głos stracił, ale potem odzyskał. Pamiętam do dziś, jak dziedzic
siedział przy fortepianie i kieliszek wódki zawsze stał…
Czy ten dom był Obsta własnością?
Nie, pani. To była swojego rodzaju banicja. Za
stary już był, żeby pracować. On od starości i zmarł. A przecież
tyle w życiu przeżył. Powiadali w Wilnie, że przepadł. Sowieci
zabrali mu wszystko - bogaty był, wygnali z majątku, chcieli na
Sybir wywieźć. Ale on uczył się ze Stalinem, to jak o tym
powiedział, to zawahali się… To i zostawiwszy go w naszych
Dziekaniszkach w opuszczonej chałupie.
A tu w Dziekaniszkach za co żył?
A sam Bóg raczy wiedzieć Pani. Wertelek mu
pomagał. Zarządza znaczy się jego dóbr w majątku Rubno. Dzięki
Bogu nie doczekał się Pan tej chwili, kiedy jego dwór podpalili,
bo by zwariował. Mówią, że bardzo lubił ten dom, lepiej niż swój
wileński. Wertelek nie miał nigdy swojego domu, ani rodziny.
Obst był dla niego wszystkim. Nie wiadomo, skąd się tu na
Wileńszczyźnie wziął, wojna była… Ale jak przykleił się do
Obsta, to do końca wierny mu był…
Jak miał na imię zarządca Obsta ?
A kto jego wie, Wertelek i Wertelek mówili
wszyscy. A jak tu kołchoz zorganizowali, Wertelek poszedł
pracować. Był ogrodnikiem. Nadto lubił to zajęcie. Karmił Obsta,
rozmawiał z nim, dbał o niego. A kiedy Pan zmarł, zatroszczył
się o jego pogrzeb. Ludzie, którzy znali Obsta, ci najstarsi,
wszyscy odprowadzali go w ostatnią drogę. Dużo ich nie było… Ja
w Rubnie, kiedy jego chowali obecny nie byłem. Obst był
człowiekiem religijnym, a za Sowieta trzeba było z tym się kryć.
Więc z Dziekaniszek trumnę powieźli do Rubna bez księdza…
Wertelek zadbał o wszystko. Trumnę zatrzymali na chwilę przed
wjazdem do dworu, gdzie była ustawiona przez Obstów Matka Boska,
przez miejscowych Rubieńską zwaną. Przed zgonem nieboszczyka w
tajemnicy sprowadził do niego księdza… A domu tego to już dawno
nie ma…
Wojciech Wiertelak był prześladowany przez
przewodniczącego kołchozu w Dziekaniszkach Władysława Rynkuna,
który za wszelką cenę chciał zatrzymać fachowego pracownika.
Kiedy jesienią 1956r. spłonął umyślnie podpalony dworek Obsta, w
którym mieściła się szkoła, winę zwalono na salezjanina koad.
Wojciecha. Został zatrzymany, jednak miał niepodważalne alibi:
widziano go w Ławaryszkach u ks. Stanisława Toporka. Żeby nie
być gołosłowną, przytoczę fragment treści autografu, wysłanego z
Ławaryszek przez ks. Toporka do ks. Wielkiewicza w Zdzięciole:
"… Mniej więcej dwa tygodnie temu spotkała go
(salezjanina koad. Wojciecha - przyp. aut.) swego rodzaju
nieprzyjemność. W niedzielę kiedy był u mnie wieczorem spaliła
się szkoła w dawnej posesji Obsta (Rubno). Oczy-wiście winowajcę
musiano znaleźć, i od razu z miejsca posądzono Wojciecha.
Początkowo nawet go zatrzymali w milicji, ale ponieważ udowodnił
im, że w tym czasie nie było go w domu, więc go zwolniono, ale
mu zatrzymali wizę. Wiadomość tą otrzymałem od człowieka,
którego on przysłał. Polecił jednak nie pisać i nie przyjeżdżać
do siebie, aż sam da znać. Od ludzi się dowiaduję, że to robota
przedstawiciela kołchozu, który usiłuje go zatrzymać ponieważ
nie ma ogrodnika. Tak wygląda nagroda za dobrą pracę! Do dziś
nie mam żadnych od niego wiadomości. (…)"
Przez wiele lat narażając swe życie koadiutor
Wojciech chronił dokumenty Obsta, rękopisy, zdjęcia. Przed
wyjazdem do upragnionej ojczyzny zostawi je w sąsiedniej wsi u
Juliusza Bezganowicza (ur. 1903), rodzina którego dokarmiała
Obsta za jego pobytu w Dziekaniszkach. Wiertelak odwiedzał
Juliusza, by porozmawiać o życiu, ludziach, wypadkach i
książkach (J. Bezganowicz, choć i chłop, wyjątkowo na tamte
czasy był piśmienny). Znali się już wcześniej, kiedy za
pomyślnych czasów dla Rubna zarządca przyjeżdżał w te strony, by
coś załatwić na prośbę Obsta. W domu Bezganowicza m. in.
rozmawiano o ciężkiej doli redaktora-ziemianina. Tylko tu czuł
się salezjanin pewnie, wiedział, że go nie zdradzą, a czas
pokazał, że się nie mylił.
Repatriacja nastąpiła dopiero 5 kwietnia 1959r.
Wiertelak wrócił do Polski mocno schorowany. Był zmuszony odbyć
kurację zdrowotną. Z chwilą powrotu do swojej wspólnoty
przedstawił przełożonemu prośbę w sprawie skierowania go do domu
salezjańskiego w Płocku. "Jest tam kawałek ogrodu - pisał w
sierpniu 1959r. , toby mogła być w nim rozrywka".
Wkrótce zamieszkał w domu zakonnym pw. św.
Stanisława Kostki. Nadwerężone zdrowie coraz bardziej dawało
znać o sobie. Z czasem głuchota wyłączyła tę szlachetną postać
zupełnie z życia. Jednak w pamięci swoich współbraci pozostał
jako człowiek głęboko wierzący, uśmiechnięty, pogrążony w
ulubionym zajęciu. W korespondencji do ks. Inspektora w marcu
1960r. skonstatował: "Prócz wojennych nabytków dają mi się we
znaki dwadzieścia lat przebytych u sąsiada". Nawet postępująca
skleroza nie pozwoliła mu zapomnieć przeżyć z lat 1939-59, kiedy
był "jeńcem na wolności", przymusowym obywatelem sowieckim.
Zmarł 8 czerwca 1969r. w Płocku w wieku 83 lat.
Tamże został pochowany. I gran dolori sono muti (wł.). Wielkie
cierpienia są nieme.
Życie oraz spuścizna Jana Obsta Dzieciństwo i
lata młodzieńcze
Jan Konrad Obst urodził się 24 grudnia 1876r. w
Lipsku. Ojciec Herman Bernard Obst - prof. dr nauk medycznych
był dyrektorem Museums für Völker-kunde (Etnograficznego) w
Lipsku, które sam założył w swym rodzinnym mieście w 1873r.
Marzył, by jego jedynak kontynuował rozpoczęte dzieło. Matka -
Maria Obst z domu Sokołowska po-chodziła z polskiej rodziny
szlacheckiej herbu Korab, osiadłej na Inflantach. Była
właścicielką majątku Duksztygoł w powiecie rzeżyckim (koło
Janopola), który z czasem zapisała na swego syna mając nadzieję,
że zostanie ziemianinem inflanckim. Jan Konrad uczył się w gimnazjum w Lipsku, w konserwatorium i na uniwersytecie. Studiował na wydziale humanistycznym. Jego konikiem była historia oraz historia kultury. Na uczelni zetknął się z poglądami hakatystycznymi. O sobie powiadał: "Politykę, a zwłaszcza wszelką nienawiść narodową żywo wykluczam". Lata dziecięce i młodzieńcze spędził na terenie Niemiec. Matka potrafiła nie tylko przekazać mowę swoich przodków, zaszczepić rodzinne tradycje, umocnić w wierze katolickiej, ale i zainteresować syna inną, bo swoją ojczyzną, gdzie bywał w sprawie majątku ziemskiego Sokołowskich. Ze względu na pochodzenie matki, z Litwą "stale utrzymywał żywy kontakt".
Pierwsze jego prace literackie były pisane w języku niemieckim. W 1898r. odwiedził w Grodnie pisarkę jaśniejącą " naonczas w pełnym blasku zasłużonej sławy" - Elizę Orzeszkową. Nie sposób dociec, czy złożył jej wizytę tylko jako początkujący literat, czy też jako młodzieniec, któremu ciążył dualizm w wyborze tożsamości narodowej. Np. historyk St. Lorentz, mający do czynienia z Obstem już na gruncie wileńskim, na ten temat powiedział: " pod jej wpływem całkowicie spolszczył się. " Za radą pisarki odnalazł np. uczestnika powstania styczniowego J. Karpowicza, spisał jego wspomnienia, a owocem spotkania była książka wydana drukiem w Wilnie w 1929r. pt. "Imć pana rotmistrza Józefa Karpowicza, powstańca z r. 1863, wspomnienia".
Okres rosyjski
Z zachowanych rękopisów Obsta wynika, że
początkowo Rosję przemierzał jako śpiewak operowy, a później
aktor wędrownej trupy. Wygląda na to, ze nie tolerowali tego
jego rodzice, jak też faktu, że żoną jego była zawodowa aktorka
francuska Blanche (Bianka) Camerlot. Finansowo powodziło im się
wyjątkowo skromnie. Niedostatek był stałym ich towarzyszem. Po
jej tragicznej śmierci (poroniła dziecko), Obst stracił głos
(tenor), pogrążył się w alkoholizmie, wiele przeszedł.
Postanowił wrócić do Petersburga, gdzie przedtem
nieraz oboje występowali na scenie. Prześladująca go bieda w
sensie materialnym, brak stałej pracy, zmusiła Obsta do pisania
recenzji teatralnych. Tak wszedł (1903r.) do redakcji "Kraju",
petersburskiego pisma wydawanego po polsku, gdzie pełnił funkcję
sekretarza oraz kierownika działu literacko-kulturalnego aż do
jego zamknięcia, a później zainicjował wydanie "Kwartalnika
Litewskiego". W korespondencji z 1909r. do E. Orzeszkowej m. in.
pisze: "(...)związany licznemi więzami serdecznemi z Litwą,
Litwie i jej kulturalnym potrzebom pragnę poświęcić siły moje"
W Petersburgu poznał swoją drugą żonę - Różę
(Cygankę z Węgier o słowiańskim rodowodzie) z domu Miloszowicz,
z pierwszego małżeństwa Helmich, która, jak i on, wiele w życiu
przeszła. Po wielu latach milczenia napisał do matki, która mu
odpowiedziała przychylnością. Na ten okres przypada nawiązanie
kontaktów twórczych z takimi z pismami polskimi, jak: "Dziennik
Poznański", "Czas", "Gazeta Lwowska", "Tygodnik Ilustrowany", na
łamach których aktywnie zabiera głos jako dziennikarz (pseud.
Korab oraz Ligo). Będąc miłośnikiem dzieł sztuki, ich znawcą (z
racji zawodu wykonywanego przez jego ojca i z racji własnego
wykształcenia) w swoim mieszkaniu gromadził przedmioty o
wartości artystyczno - historycznej. Oprócz książek oraz
dokumentów źródłowych, posiadał m. in. obrazy, kolekcję
porcelany i cenne zdjęcia archiwalne z okresu powstania 1863r. W
1911r. redakcja miesięcznika "Kwartalnik Litewski" zostaje
przeniesiona do Wilna i ukazuje się pod nazwą "Litwa i Ruś".
W Wilnie
Państwo Obstowie nabyli w Wilnie kamienicę przy
zaułku Zamkowym, w okresie międzywojennym nazwanym
Bernardyńskim, pod nr 11. W mieszkaniu, należącym w latach
1911-1940 do J. Obsta, przebywał w swoim czasie poeta Adam
Mickiewicz. Obst założył więc tu Muzeum Mickiewiczowskie
(częściowo ziściło się więc marzenie jego ojca), które
udostępniał zwiedzającym bezpłatnie. Zresztą, już od początku
bytności w Wilnie potrafił zaznaczyć swoją obecność w życiu
naukowym i kulturalnym miasta. Zaraz po przyjeździe (1911)
został członkiem Towarzystwa Polskiego Naukowego. W rok później
pełnił obowiązki jego sekretarza. Był też odpowiedzialny za
wydawnictwa tego Towarzystwa. Wygłaszał odczyty. Publikował
artykuły na łamach pierwszego w XX wieku w Wilnie polskiego
czasopisma naukowego - "Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk".
Podstawową jednak działalnością Obsta w tym
czasie pozostawała jego praca w charakterze dziennikarza. Był
redaktorem i jednocześnie wydawcą kilku pism. Jeszcze w
Petersburgu szykował się do przejęcia dziennika "Gazeta 2
Grosze". W 1911r. (w miejsce "Gazety 2 Grosze") ukazała się pod
jego patronatem "Gazeta Codzienna", która była najbardziej
poczytnym i najtańszym wówczas dziennikiem polskim na terenie
Litwy. Pismo to w dużym zakresie uwzględniało " sprawy religii,
moralności, życia Kościoła". Drukując się w obu swoich pismach
Obst nadal kontynuuje swoją działalność w charakterze
korespondenta w prasie wydawanej na terenie Polski. Wzorując się
na warszawskim "Tygodniku Ilustrowanym", do którego również
pisywał, stworzył wileńskie "Wiadomości Ilustrowane" (1913r.),
jako cotygodniowy dodatek "Gazety Codziennej". Pismo to było w
całości poświęcone kulturze. Drukował utwory literackie, wiele
miejsca udzielał tradycjom regionalnym.
I wojna światowa, a ściślej wkroczenie do Wilna
armii Niemiec we wrześniu 1915 r. , cenzura okupacyjna
sparaliżowały nie tylko działalność wydawniczą J. Obsta, ale i
życie polskie w Wilnie w ogóle. W okresie okupacji niemieckiej
udało się Obstowi zainicjować wydawnictwo "Biblioteczki dla Ludu
i Młodzieży", jednak cenzura niemiecka "dokonała jej konfiskaty,
a sam wydawca znalazł się, na krótko, w więzieniu". W latach
1916-1918 Obst wznawia wydawanie "Gazety Codziennej" pod nazwą
"Dziennik Wileński". W 1919 r. znalazł się w szeregach Wojska
Polskiego. W trakcie działań wojennych w latach 1919-1920
ucierpiały jego zbiory prywatne. M. in. zaginął cenny zbiór
zdjęć z 1863r.
Od 1922r. Obst stał na czele Ligi Robotniczej,
organizacji samokształceniowo-oświatowej. Pełnił obowiązki
prezesa. Wygłaszał prelekcje z historii i geografii, urządzał
kursy; w ogóle zajmował się pracą kulturalno-oświatową. Był
jednym z najwybitniejszych -obok Józefa Hłaski - działaczy
wileńskiej Narodowej Demokracji. Cały wileński jego okres
redaktorstwa przebiegał pod "wyraźnym nastawieniem endeckim".
Jednak służba kulturze polskiej, wierność katolicyzmowi i hołd
składany tradycji narodowej - niezmiennie pozostały jego dewizą.
W okresie międzywojennym J. Obst nie przerywa swojej pracy
dziennikarskiej. Przez cały czas współpracuje z pismami
ukazującymi się praktycznie w całej Polsce. Swoje artykuły
(głównie dotyczące przeszłości Litwy) zamieszczał również w
"Dzienniku Wileńskim" Aleksandra Zwierzyńskiego. Obst był
redaktorem naczelnym tej gazety w latach 1925-1933. Przebywając w Wilnie Jan Obst wydał osobno drukiem wiele broszur, kilka książek. Większość odnosiła się do Litwy i miała charakter popularyzatorski: "Polska i Litwa" (Wilno 1912), "Jak się Litwa w 1812r. z Polską połączyła" (Wilno 1914), "Rachunki miasta Wilna z r. 1657 i 1688" (Wilno 1914), "Wielki Piątek" (Wilno 1915), "Wielkie przewroty dziejowe" (Wilno 1917), "Kapitał, praca i wynagrodzenie" (Wilno 1918) "Odwieczny spór Polski z Moskwą o Litwę" (Warszawa 1919), "Litwa w świetle prawdy historycznej" (Wilno 1922), "Ziemia dla kraju, prawa dla ludzi" (Wilno 1927), "Historia cudownego obrazu M. B. Ostrobramskiej" (Wilno 1927 i 1937) i in.
Rubno
"Stawiający Jan Budzyński vel Budziński
oświadczył, że, jak widać z wykazu hipotetycznego tej księgi,
jest on jawnym właścicielem Folwarku Rubno A, w gminie dawniej
Bystrzyckiej, a obecnie Mickuńskiej, powiecie Wileńsko " Trockim
położonego, obejmującego powierzchnię sześćdziesiąt trzy
hektarów 7597 metrów kwadratowych, w księdze niniejszej
uregulowanego, i że obecnie, stosownie do orzeczenia Powiatowego
Urzędu Ziemskiego w Wilnie z dnia 6 października 1933 roku, w
odpisie do zbioru dowodów tej księgi pod N-6 załączonego,
rzeczoną nieruchomość tak, jak posiada i posiadać ma prawo wraz
ze wszystkiemi, znajdującemi się na tejże nieruchomości,
zabudowaniami, tudzież ze wszystkiem tem, co stanowi
nieruchomość z prawa, natury i przeznaczenia, bez żadnego na
rzecz swoją wyłączenia, przez akt niniejszy sprzedaje i na
zupełną własność odstępuje współstawającym Janowi i Róży
małżonkom Obstom, wspólnie w równych między nimi częściach, za
umówioną cenę szacunkową złotych dwadzieścia pięć tysięcy /25000
zł. . /, i na przepisanie tytułu własności do sprzedawanej
nieruchomości w wykazie hipotecznym tej księgi oraz wszędzie,
gdzie zajdzie tego potrzeba, na imię nowonabywców zezwala, na
jednostronny któregokolwiek z nich wniosek" (wyciąg z Aktu
kupna-sprzedaży z października 1933r.).
W edycjach książkowych, w których zostały opisane
lata trzydzieste przedwojennego Wilna, na temat Obsta
odnotowano, że "działalność jego wyraźnie w tym czasie osłabła".
Wiek, choroba, ale też fakt, że był skłócony z niektórymi
środowiskami ówczesnego życia kulturalnego Wilna (zarzucano mu
poglądy endeckie) zrobiły swoje. Rubno stało się jego drugim
domem, gdzie znalazł spokój i ciszę. I tylko od czasu do czasu
pisywał do "Dziennika Wileńskiego". Adres rubieński Obsta
figurował m. in. na korespondencji oficjalnej. Np. w 1937 r.
Warszawskie Towarzystwo im. Orzeszkowej wysłało mu podziękowanie
za wypożyczone listy pisarki do F. Rawity-Gawrońskiego. W tymże
roku ukazała się ostatnia książeczka Obsta - wznowione wydanie
"Historii cudownego obrazu M. B. Ostrobramskiej" - z okazji
dziesięciolecia koronowania obrazu.
Rubno było początkowo letniskiem państwa Obstów.
Zostało nabyte po sprzedaniu Duksztygołu na Inflantach. Matka
Obsta ze względu na swój wiek potrzebowała nie tylko opieki, ale
i świeżego powietrza. Pokochała ich Rubno - dworek, okolicę i
ludzi.
W obawie przed rozruchami wojennymi Obst
przewiózł do Rubna swoje księgozbiory i kolekcje prywatne (w
dużej mierze przywiezione jeszcze z Petersburga). W 1940r.
biblioteka Obsta została przez Rosjan zarekwirowana, dzieła
artystyczne wywiezione. Śmierć matki, a wkrótce i żony była
ko-lejnym, ale nie ostatnim ciosem. Obst ogołocony ze
wszystkiego został pozbawiony majątku, pieniędzy, dworu, dachu
nad głową. Wraz ze swoim zarządcą Wojciechem Wiertelakiem,
salezjaninem, który w 1939 r. okazał się "po tamtej stronie",
tymczasowo zamieszkał w chłopskiej chałupie po Ignacym
Czepułkowskim. Ostatnie lata życia
"Ciała nasze są jak jabłka wiszące na drzewach:
albo spadają już dojrzałe, albo niedojrzałe wcześnie toczą się
po ziemi" - powiada rzymskie epitafium. Wg relacji świadków naocznych Obst został przesiedlony z W. Wiertelakiem do Dziekaniszek już po wojnie, w dobie organizującego się gospodarstwa kołchozowego. Ostatnią życiową przystanią Jana Obsta był stojący na uboczu stary, opuszczony dom rodziny J. Stankiewicza. Ich sytuacja materialna była godna politowania. Nie mieli nawet najniezbędniejszych rzeczy potrzebnych do prowadzenia gospodarstwa, w tym naczyń i pościeli (W. Wiertelak pracował jako ogrodnik w kołchozie dopiero po śmierci Obsta). Okoliczni mieszkańcy dokarmiali obu. "Karmiłem i pomagałem, bo znaliśmy się wcześniej - relacjonuje J. Bezganowicz. Dobry był człowiek i uczony. Dziurawy kożuch służył mu jednocześnie jako kołdra i wierzchnie okrycie w nie ogrzewanej chałupie. Nigdy nie wychodził, tylko pisał i pisał. Po śmierci dawałem co roku
W Dziekaniszkach Obst okrył się maską
obojętności, nie chciał z nikim prócz Wiertelaka i księdza,
który tu przychodził potajemnie, obcować. Przez całe dnie pisał
swoje pamiętniki na podstawie wcześniej sporządzonych notatek.
Zmarł w wieku 79 lat. Na świadectwie zgonu zostało zapisana
data: 9 marca 1954 r. Trumnę zrobili ludzie ze wsi. Pogrzeb
zorganizował Wiertelak, który w tajemnicy sprowadził księdza,
poprosił o poświęcenie grobowego dołu. J. Bezganowicz pamięta
obecność przy tym następujących osób: Wojciecha Wiertelaka,
Juliana Bezganowicza, Marii Bezganowiczowej (swojej żony),
Moniki Stefanowiczowej, Władysława Worokina. Zgodnie z tradycją
panującą na Wileńszczyźnie do udziału w obrzędzie pogrzebowym
był zaproszony śpiewak.
Jan Obst został pochowany w Rubnie, przy kaplicy
stanowiącej część jego majątku, obok matki i żony. Wg tradycji
miejscowej był tu niegdyś cmentarz, miejsce wiecznego spoczynku
dziedziców Rubna. Niczym "szereg cichych głazów" stoją nad
grobami rodziny Obstów trzy wymowne żeliwne krzyże…
Pamiętniki Obsta
Cudem ocalały i stanowią dziś wartość kulturalną.
Wiertelak repatriując się w 1959r. do Polski zostawił je u
chłopa J. Bezganowicza (piśmiennego) ze wsi Czyrwiszki. W 1992r.
na ten temat "Goniec Kresowy" (Białystok nr 9 s. 16) pisał:
"Dzięki staraniom Ryszarda Maciejkiańca, sekretarza Związku
Polaków na Litwie, pamiętniki Jana Obsta zostały odnalezione i
zabezpieczone". Obecnie zapiski Jana K. Obsta znajdują się w
Bibliotece Głównej Uniwersytetu w Białymstoku.
Miałam okazję przejrzeć 191 (!) zeszyt
pamiętników zapisanych pismem w miarę spokojnym, pochylonym
lekko w prawo. Większość zeszytów jest produkcji polskiej (okres
międzywojenny), ale też sowieckiej, kilka litewskiej. Niektóre
zostały sporządzone własnoręcznie z różnego rodzaju kartek.
Prawie we wszystkich charakterystyczne są liczne doklejki.
Pisząc o okresie pierwszego małżeństwa (7 lat) autor zamieścił
wiele dopisków, wierszy, urywków z piosenek, sentencji, zdań w
języku … francuskim. Potrzebował kilka lat, by wziąć się w garść
po śmierci żony i nienarodzonego jeszcze dziecka. Rozpaczał i
przelał swoje uczucie na papier: "Jedna tylko była ta czarna
trumienka, osypana kwieciem, w której spoczywało szczęście moje,
świat mój, wszystko moje!".
Dzięki pozostawionym rękopisom Obsta odkryłam go
na nowo. Nie dziennikarza, wydawcę, czy historyka, lecz
człowieka, któremu nic nie było obce. Człowieka-artystę,
znającego się na sztuce, literaturze, muzyce. Człowieka
uczuciowego, wrażliwego, kochanego i kochającego. Otwieram
zeszyt oznaczony 123 (c), a zatytułowany "Szczęście". Czytam ze
wzruszeniem: "Rok 1914-y. Wigilia św. Jana… na ten raz nie
historyczna, nie narodowa, … całkiem osobista. Równo przed
dziesięciu laty, w noc mojego patrona, błądząc bez celu samotny
jak człowiek tylko być może śród tłumu, znalazłem w
wielkomiejskim ogrodzie cudo - kwiat paproci, który kwitnie oto
w mym ogródku, nie tracąc swej czarodziejskiej mocy…"
Róża- Rozalia-Różyczka…, to m. in. ona po
przybyciu do Wilna dowiedziała się o sprzedaży kamienicy
Mickiewicza ... W swoich zapiskach na temat Wilna J. Obst
ubolewa, że jest nad Wilią pomnik Katarzyny i Murawjowa, a nie
ma pomnika ... Adama Mickiewicza. "Nie przeczę, że na razie
poczułem się bardzo nieswojsko w nowem otoczeniu, w nowych
warunkach; ostatecznie potraktowałem wszystko jako zmianę
dekoracji w tej sztuce życia". Dał sobie rady, niech tylko każdy
z nas zostawi po sobie tyle, ile zostawił Obst. "Praca -
twierdził - najskuteczniejszy lek na wszystkie dolegliwości".
Testament Obsta
Nie ulega wątpliwości, że było kilka zapisów
testamentowych (notatki Obsta oraz relacje świadków)
sporządzonych przez Jana Obsta. Dotychczas udało mi się dotrzeć
tylko do jednego, spisanego w Wilnie w kancelarii notariusza T.
Wróblewskiego dn. 30 grudnia 1919r. A oto fragment: "(…)
Wszelkie pieniądze w gotówce i papierach procentowych oraz
wszelką ruchomość domową, jakie się okażą w dniu mojej śmierci
zapisuję na własność żonie mojej Róży(…) Należące do mnie
nieruchomości, a mianowicie: dom w mieście Wilnie przy ul.
Bernardyńskiej pod numerem jedenastym i majątek Duksztygoł w
powiecie Rzeżyckim w Inflantach, jako też zbiory moje: mebli
stylowych, porcelany, sztychów, książek i obrazów, gdziekolwiek
by się takowe w dniu mojej śmierci znajdowały, zapisuję w
dożywotnie używanie pomienionej wyżej żonie mojej Róży, po
najdłuższym zaś jej życiu zapisuję na własność Akademji
Umiejętności w Krakowie, z tym, aby pomieniona Akademja użyła
zapisany jej fundusz na rzecz Uniwersytetu Wileńskiego podług
swego uznania, o ile ten Uniwersytet będzie istniał jako
Uniwersytet Polski (…)". APEL
Data pierwszej publikacji: 11.VIII.2008
|
|
|
|
|
|