Filozoficzne rozważania kubka po kawie...

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Zerwanie ze snu...

Tom otworzył oczy. Śniło mu się coś przyjemnego. Jednak jego marzenia rozpłynęły się w blasku porannego światła. Wstał, ubrał się i poszedł do owczarni.

Otworzył drzwi i zajrzał do środka. Owce już nie spały, spokojnie czekały na uzupełnienie siana w karmnikach i pojemnika na wodę. Pasterz podszedł do jednej z nich, do czarnej owcy, która dziwnie się na niego patrzyła swoimi wilgotnymi, głębokimi oczami.

- Ech... To głupie, że gadam do owcy. Ale brakuje mi tu czegoś. Marzy mi się osoba, z którą można bawić się i szaleć tak samo, z którą można zdobywać szczyty, dzielić się przygodą i cieszyć się spacerem po lesie. Ktoś, kto uśmiechem i ciepłą herbatą przywita mnie, gdy wrócę z samotnej wędrówki. Ktoś, dla kogo będę tak samo ważny, jak ten ktoś dla mnie. Po prostu szukam osoby, z którą mogę dzielić własne szczęście! Nie tylko opowieścią i bezwyrazowym uśmiechem, ale całym sercem i duszą. Nie musi nawet mieszkać ze mną na tym odludziu, nie muszę być dla niej jedyny i najważniejszy. Choć nie chcę mieszkać tu samotnie, to starczy mi osoba, która by tu wpadała raz na jakiś czas i pomagała mi się ogarnąć. Nie chcę niszczyć komuś życia na mojej samotni...

Tom patrzył chwilę w oczy owcy. Ta, wydawałoby się, chciała mu coś odpowiedzieć. Zerwał się nagle i wybiegł przed owczarnię. Nabrał w płuca zimnego, styczniowego powietrza, zacisnął zęby i pobiegł przez polanę, na jej drugi koniec, na jej skraj zakończony urwiskiem. W ostatniej chwili złapał się pnia rosnącej tam jabłoni, dzięki czemu wyhamował i nie zleciał na dół. Objął zmarznięte drzewko, mocno zacisnął objęcie i krzyknął:
- Gdzie jesteś!

A owca stała w drzwiach owczarni i patrzyła w jego kierunku, wciąż tym samym obojętnym wzrokiem, którym patrzyła od samego początku...

Etykiety: , , ,

wtorek, 5 stycznia 2010

Pod gałęzią

Minęło trochę czasu. Była już zima. Przez ostatnie pół roku właściwie nic się nie zmieniło. Dziury nie połatane, owce zagonione co prawda do owczarni, ale również nie przeliczone. Do tego srogi mróz i śniegi trzymają od jakiegoś czasu i Tomowi powoli kończyły się zapasy w spiżarni, a do miasta iść byłoby ciężko, gdyż idąc wśród śniegów łatwo jest wpaść w jakis zasypany dół, czy samemu zostać przysypanym przez niespodziewaną lawinę.

Był wczesny poranek. Pierwsze promienie słońca od tygodnia rozpryskiwały się na tysiące drobnych świetlnych punktów na śniegu. Toma obudził powiew chłodnego powietrza i jakiś hałas dochodzący z okolic kuchni. W pierwszej chwili odwrócił się tylko na drugi bok, myśląc, że to senne złudzenia. Po chwili jednak zerwał go na nogi wielki huk ze spiżarni. Tom chwycił za nóz leżący na stoliku przy łóżku i skoczył do kuchni. W tym samym momencie ze spiżarni wyleciał wielki niedźwiedź, powalając mężczyznę na ziemię. Gdy pasterz, po chwilowym zamroczeniu odzyskał władzę nad zmysłami, niedźwiedzia już nie było. Tom zajrzał przez rozwalone drzwi do spiżarni. W środku nie było śladu po zapasach suszonego mięsa, a rozbite słoiki walały się po wszystkich kątach. Z zapasów praktycznie nic nie zostało. W pierwszej chwili Tom zaczał się zastanawiać, co w ogóle sprawiło, ze ten nieźwiedź zbudził sie ze snu zimowego. Po chwili dopiero dotarło do niego, że w tej chwili właściwie nie ma co jeść.

Pasterz wyszedł tak jak stał, w samej koszuli nocnej i z nożem w ręku, przed dom. Osunął się zrezygnowany, oparty o framugę drzwi. Myśli zaczęły kłębić się znowu w jego głowie. Spojrzał w stronę owczarni. Blask słońca wzmacniany odbiciami od śniegu oślepiająco szeptał w głowie pasterza. Przez chwilę pomyślał nawet, że widok jest piękny. Jego oczy zwróciły się na trzymany w ręku nóż. Teraz znowu przez umysł człowieka przesunęły się ciemne obrazy i pomysł na zdobycie jedzenia. Tom próbował uciekać od tych myśli, ale te stawały się coraz silniejsze i niemal obezwładniły jego umysł. Pomysł zażynania własnych, wymarzonych owiec w tej chwili wydawał sie jedynym sposobem na przetrwanie zimy.

Dwa dni później, wczesnym wieczorem, Tom siedział przy stole w kuchni, mając przed sobą wbity między deski stołu nóż. Walczył ze sobą i swoim głodem. Od trzech dni praktycznie nic nie jadł. Nie chciał jednak zabijać własnych, ukochanych owiec. Po kolejnych dniach, kilku nieudanych próbach polowań i ciągle rosnącej pustce we wnętrzu Toma głód w końcu przeważył nad wolą pasterza. Następnego dnia, wczesnym rankiem Tom wziął swój nóż i cicho wyszedł z domu. Powoli zmierzał ku owczarni. Ciągle bił się z myślami, jednak pustka w brzuchu nie dawała za wygraną. Otworzył cicho drzwi od owczarni i wszedł do środka. Wszystkie owce zastał zbite ciasno centrum owczarni. Jeszcze spały. Jedne tylko oczy były otwarte, i skierowane w stronę pasterza. Tom patrzył w te oczy. Widział w nich niepokój. Owca nie wiedziała, czemu pasterz przychodzi tak wcześnie. Nie potrafiła pojąć, czemu trzyma w ręce nóż. Tom patrzył tak przez chwilę, po czym wybiegł z owczarni. Po drodze wpadł na drzewo, którego gałęzie pod wpływem silnego wstrząsu i wielu kilogramów zgromadzonego na sobie śniegu załamały się i z łoskotem uderzyły o ziemię, przywalając również sobą oszołomionego pasterza.

Tomowi zaszumiało w głowie. Obraz przed jego oczami rozmył się. Wśród dziwnego dźwięku zaczął słyszeć jakiś głos. Znajomy głos. Tak, znał ten głos doskonale. Ten sam głos nawiedzał go każdej nocy w snach, a i w ciągu dnia, w przypływach nagłej tęsknoty. Razem z głosem pojawił się również i upragniony obraz. Oto wśród zielonych traw, wśród kwiatów i słonecznego ciepła szła z koszykiem wyśniona przez Toma Jagódka, wesoło do niego pokrzykując. Tom próbował wstać i wybiec jej na powitanie, jednak nie mógł się ruszyć. Po chwili Jagódka rozpłynęła się we mgle razem z całym wiosennym krajobrazem. W tej samej szarej mgle Tom ujrzał wszystkie inne obrazy, które spotykał mieszkając tu, w górach. Były owce, tą jedną czarną, która przerodziła się kiedyś w straszny twór lęków pasterza. Był czarny jak noc kot, który zostawiał po sobie we mgle dziwną aurę. Były jakieś ślady obecności człowieka. Były krzyki, śpiew ptaków, wycie wilków, beczenie owiec i dźwięk wojskowych trąb. Na koniec wszystkie obrazy rozszarpał brązowy niedźwiedź, trzymający w łapie potłuczony słoik z resztą konfitury...

Tom nagle się ocknął. Leżał w śniegu, przywalony gałęzią drzewa, na które przed chwilą wpadł. W okolicy nie było nikogo. Owce tylko lekko przysunęły się do wyjścia z owczarni i rozgladały sie po zaśnieżonej łące. Pasterz spróbował się podnieść. Ze stosunkowo małym wysiłkiem odrzucił leżącą na nim gałąź. Gdy podniósł się wreszcie i otrzepał ze śniegu, ujrzał obok siebie, w pozostawionym po gałęzi wgłębieniu leżącego dużego zająca, którego widocznie również przygniotła gałąź. Zając lekko jeszcze drgał. Po chwili do świadomości Toma dotarła myśl, wspaniała tak, że aż podskoczył... W końcu może coś zjeść!

Etykiety: , , ,


Blog Wafla...
© Wafull 2007-2009
Motyw - Dan Cederholm mod. by Wafull