czwartek, 29 maja 2008
środa, 28 maja 2008
Wędrówki czas...
Już spakował zawiniątko, do którego włożył trochę jedzenia, kilka szmatek, nóż i jeszcze parę istotnych drobiazgów. Wczoraj miał dobry dzień, dzisiaj też minął mu przyjemnie. Był szczęśliwy, że wreszcie sie na jakiś czas stąd ruszy, choć oczywiście wcale mu tu nie było źle. Tom poprostu zatęsknił za przygodą...
Był już wieczór, kiedy Tom skończył się pakować. Był szczęśliwy, że rano następnego dnia będzie mógł wyruszyć wreszcie w drogę. Nie mógł sie doczekać wschodu. I już się pokładał spać, by wypocząć do rana, gdy nagle poczuł nieopisaną tęsknotę... Nagle przypomniał sobie, jak mu tu było przyjemnie jakiś czas temu, gdy wszystko było na miejscu, gdy biegał po łące z... Tak bardzo mu było jej brak, i nawet nie wiedział, co robić. Starał się nawet nie zwracać na to uwagi i żyć dalej, ale... nie potrafił.
Próbując zasnąć, Tom modlił się, żeby był już ranek...
Był już wieczór, kiedy Tom skończył się pakować. Był szczęśliwy, że rano następnego dnia będzie mógł wyruszyć wreszcie w drogę. Nie mógł sie doczekać wschodu. I już się pokładał spać, by wypocząć do rana, gdy nagle poczuł nieopisaną tęsknotę... Nagle przypomniał sobie, jak mu tu było przyjemnie jakiś czas temu, gdy wszystko było na miejscu, gdy biegał po łące z... Tak bardzo mu było jej brak, i nawet nie wiedział, co robić. Starał się nawet nie zwracać na to uwagi i żyć dalej, ale... nie potrafił.
Próbując zasnąć, Tom modlił się, żeby był już ranek...
Etykiety: fantasy, owce, przemyślenia
niedziela, 25 maja 2008
Ciekawy tydzień się zapowiada... :)
Hmm, teraz będzie trochę inaczej, rzadko mi się to zdarza, ale tym razem napiszę coś od siebie, nie tylko same opowiadania :P Po prostu czuję taką potrzebę xD
A przede mną ciekawy tydzień -> Zacznie się co prawda lekcjami i klasówką z Historii na ostatniej lekcji w poniedziałek, ale to będzie jednocześnie ostatnia lekcja w tygodniu :P Późńiej mała wycieczka po centum i na retkinię, po czym wydarzenie, na które wszystkich serdecznie zapraszam - KONCERT MIDREAL! (www.midreal.prv.pl). I tak minie dzień pierwszy - poniedziałek. XD
We wtorek strajk, czyli święty spokój, przynajmniej od szkoły... latanie po mieście, załatwianie papierków, zakup kilku ciuchów (nie przepadam za sklepami z odzieżą :P) i pakowanie...
Czyli w środę wyjazd :D Trzy dni w górach z chyba najbardziej odjechaną klasą pod słońcem :D nie mogę sie doczekać... :)
no i na zakończenie:
Sobota - Midreal gra w Pałacu Młodzieży ok. 11:30 (?)
Niedziela - Midreal gra akustycznie na pietrynie o 16:00 (więcej info na naszej stronie)
Teraz tylko jeszcze rzeczy, za które trzeba się wziąć... ech, ale ze mnie leń...
A przede mną ciekawy tydzień -> Zacznie się co prawda lekcjami i klasówką z Historii na ostatniej lekcji w poniedziałek, ale to będzie jednocześnie ostatnia lekcja w tygodniu :P Późńiej mała wycieczka po centum i na retkinię, po czym wydarzenie, na które wszystkich serdecznie zapraszam - KONCERT MIDREAL! (www.midreal.prv.pl). I tak minie dzień pierwszy - poniedziałek. XD
We wtorek strajk, czyli święty spokój, przynajmniej od szkoły... latanie po mieście, załatwianie papierków, zakup kilku ciuchów (nie przepadam za sklepami z odzieżą :P) i pakowanie...
Czyli w środę wyjazd :D Trzy dni w górach z chyba najbardziej odjechaną klasą pod słońcem :D nie mogę sie doczekać... :)
no i na zakończenie:
Sobota - Midreal gra w Pałacu Młodzieży ok. 11:30 (?)
Niedziela - Midreal gra akustycznie na pietrynie o 16:00 (więcej info na naszej stronie)
Teraz tylko jeszcze rzeczy, za które trzeba się wziąć... ech, ale ze mnie leń...
Etykiety: przemyślenia
środa, 21 maja 2008
End of the Road...
...i dojechał. Zsiadł ze swojego motocykla i podszedł do ściany, na której wisiała zardzewiała tabliczka:
"END OF THE ROAD"
Miejsce niezwykle dziwne. Pustynia, w oddali na horyzoncie góry, i przez sam środek droga... zwykła, asfaltowa droga, z białą, przerywaną linią uparcie przecinającą rozgrzany asfalt... I nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, jak się skończyła - mur. Ciągnący się za horyzont, z obu stron. Mur, zwykły, zbudowany z czerwonej cegły mur, wysoki tak bardzo, że nie było możliwości przeskoczenia, ani nawet zajrzenia za niego.
Wojtek podszedł do muru, przyjrzał się tabliczce nań wiszącej... Wisiała na gwoździu, nieco przechylona, i lekko unosiła się przy mocniejszych porywach suchego, pustynnego wiatru. Spojrzał pod nogi - przy samej ścianie droga była dużo bardziej popękana... Czyli nic wielkiego. Zaczął szukać wzrokiem czegoś szczególnego - nic. Zwykły, ceglany mur po horyzont... tak, zwykły... bardzo zwykły, szczególnie, że ktoś musiał sobie zadać sporo trudu, żeby wybudować na środku pustyni ścianę z cegieł z zupełnie innej części świata... Tylko po co?
Mur nie wyglądał na zbyt stary, choć lata silnego słońca i piasku pozostawiły na nim ślady swego istnienia... Ale cegły były równe, gładko ułożone, i nawet nieszczególnie popękane...
Uwagę Wojtka przykuły nagle białe litery na ścianie, jakieś 3 metry dalej. Podszedł bliżej i zaczął czytać:
Myśli, nawet te najważniejsze - mogą ulecieć...
Uczucia, nawet te największe - mogą się rozwiać...
Przyjaciele, nawet Ci najbliżsi - mogą o tobie zapomnieć...
Nawet ty, jeżeli w ogóle istniejesz - możesz być tylko urojeniem...
- O co tu chodzi? - powiedział sam do siebie chłopak, szukając jakiegoś ukrytego znaczenia słów... Spojrzał dalej i zobaczył kolejny kredowy zapis:
Nawet jeśli świat zostanie pokonany,
Nawet jeśli człowiek siebie przeskoczy,
Przepaść za tą ścianą zostanie poza marzeniami,
ze strachu za murem ukryta...
W tym momencie Wojtek przypomniał sobie, że gdzieś słyszał legendę o tym miejscu... Tylko nie mógł sobie przypomnieć, jak to szło...
Rozejrzał się dookoła, jakby się dopiero obudził. Nie, widok ten sam - pustynia, droga, jego lśniący, choć zakurzony motocykl, góry w oddali i brak jakiegokolwiek życia... Spróbował znaleźć jeszcze jakieś napisy. Dalej w tą stronę jednak mur był zupełnie czysty, nie licząc piaskowych "plamek", w miejscach, gdzie jakimś cudem piach z pustyni osiadł na pionowej ścianie... Chłopak odwrócił się w drugą stronę, i powoli zaczął wracać w stronę drogi, obserwując bacznie ścianę. Po drugiej stronie drogi, na ścianie dostrzegł napis, ale inny niż poprzednie dwa, napisany jakby... smołą... Dziwne, że wcześniej go nie dostrzegł. Podszedł bliżej i przeczytał:
Dokąd zmierzasz, człowieku?
Czy życie Ci nie miłe,
że uciekasz na pustynię?
Po coś tu przyjechał, czyś drogę zgubił?
Czy specjalnie pojechałeś tą na mapie nieistniejącą
bez drogowskazu?
Nagle chłopaka poruszyło... "Co ja tu właściwie robię?" - zadał sobie w duszy. Nie potrafił sobie właściwie przypomnieć, po co tu w ogóle przyjechał...
Tutaj śmierć tylko czeka,
tych co umiaru nie znają...
i zawód tych, co się obudzą wcześniej...
Nagle, jakby w nagłym napadzie strachu, Wojtek rzucił się na swój motocykl, i rozpoczął ucieczkę w stronę, z której przyjechał...
"END OF THE ROAD"
Miejsce niezwykle dziwne. Pustynia, w oddali na horyzoncie góry, i przez sam środek droga... zwykła, asfaltowa droga, z białą, przerywaną linią uparcie przecinającą rozgrzany asfalt... I nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, jak się skończyła - mur. Ciągnący się za horyzont, z obu stron. Mur, zwykły, zbudowany z czerwonej cegły mur, wysoki tak bardzo, że nie było możliwości przeskoczenia, ani nawet zajrzenia za niego.
Wojtek podszedł do muru, przyjrzał się tabliczce nań wiszącej... Wisiała na gwoździu, nieco przechylona, i lekko unosiła się przy mocniejszych porywach suchego, pustynnego wiatru. Spojrzał pod nogi - przy samej ścianie droga była dużo bardziej popękana... Czyli nic wielkiego. Zaczął szukać wzrokiem czegoś szczególnego - nic. Zwykły, ceglany mur po horyzont... tak, zwykły... bardzo zwykły, szczególnie, że ktoś musiał sobie zadać sporo trudu, żeby wybudować na środku pustyni ścianę z cegieł z zupełnie innej części świata... Tylko po co?
Mur nie wyglądał na zbyt stary, choć lata silnego słońca i piasku pozostawiły na nim ślady swego istnienia... Ale cegły były równe, gładko ułożone, i nawet nieszczególnie popękane...
Uwagę Wojtka przykuły nagle białe litery na ścianie, jakieś 3 metry dalej. Podszedł bliżej i zaczął czytać:
Myśli, nawet te najważniejsze - mogą ulecieć...
Uczucia, nawet te największe - mogą się rozwiać...
Przyjaciele, nawet Ci najbliżsi - mogą o tobie zapomnieć...
Nawet ty, jeżeli w ogóle istniejesz - możesz być tylko urojeniem...
- O co tu chodzi? - powiedział sam do siebie chłopak, szukając jakiegoś ukrytego znaczenia słów... Spojrzał dalej i zobaczył kolejny kredowy zapis:
Nawet jeśli świat zostanie pokonany,
Nawet jeśli człowiek siebie przeskoczy,
Przepaść za tą ścianą zostanie poza marzeniami,
ze strachu za murem ukryta...
W tym momencie Wojtek przypomniał sobie, że gdzieś słyszał legendę o tym miejscu... Tylko nie mógł sobie przypomnieć, jak to szło...
Rozejrzał się dookoła, jakby się dopiero obudził. Nie, widok ten sam - pustynia, droga, jego lśniący, choć zakurzony motocykl, góry w oddali i brak jakiegokolwiek życia... Spróbował znaleźć jeszcze jakieś napisy. Dalej w tą stronę jednak mur był zupełnie czysty, nie licząc piaskowych "plamek", w miejscach, gdzie jakimś cudem piach z pustyni osiadł na pionowej ścianie... Chłopak odwrócił się w drugą stronę, i powoli zaczął wracać w stronę drogi, obserwując bacznie ścianę. Po drugiej stronie drogi, na ścianie dostrzegł napis, ale inny niż poprzednie dwa, napisany jakby... smołą... Dziwne, że wcześniej go nie dostrzegł. Podszedł bliżej i przeczytał:
Dokąd zmierzasz, człowieku?
Czy życie Ci nie miłe,
że uciekasz na pustynię?
Po coś tu przyjechał, czyś drogę zgubił?
Czy specjalnie pojechałeś tą na mapie nieistniejącą
bez drogowskazu?
Nagle chłopaka poruszyło... "Co ja tu właściwie robię?" - zadał sobie w duszy. Nie potrafił sobie właściwie przypomnieć, po co tu w ogóle przyjechał...
Tutaj śmierć tylko czeka,
tych co umiaru nie znają...
i zawód tych, co się obudzą wcześniej...
Nagle, jakby w nagłym napadzie strachu, Wojtek rzucił się na swój motocykl, i rozpoczął ucieczkę w stronę, z której przyjechał...
Etykiety: Opowiadanie, przemyślenia
wtorek, 20 maja 2008
Pilot Wosh - po rozmowie
- To by bylo na tyle. Mam nadzieję, że nas pan zrozumial, i wie pan juz, dlaczego jest jak jest. - spokojnym glosem i z usmiechem na twarzy powiedzial Dyrektor.
- Nie ma sprawy. Trzeba bylo odrazu tak powiedziec, nie bylo by wtedy zadnego problemu. - Odpowiedzial rownie przyjemnym glosem Wosh. - Do zobaczenia!
- Do widzienia, odezwiemy się jeszcze w sprawie lotów.
Wosh usmiechnąl się przy drzwiach, po czym zamknąl je z drugiej strony. Począl zmierzac ku drzwiom wyjsciowym, po drodze wyciągając z kieszeni mp3kę, i wciskając sobie sluchawki w uszy. Wlaczyl odtwarzanie losowe. W jego uszach zaczęlo rozbrzemiwać "...to pieklo, nie raj, tutaj sie konczy swiat...". Tak, mimo wszystko lubil Hey. Przestali grać wiele lat temu, a teraz swoich fanów mają tylko wsrod starszyzny, ale do Wosha trafiali mimo uplywu lat.
- ...To pieklo, nie raj... - zanucil sobie pilot. - ale i tak to lubię. Ciekawe, ile trzeba mi będzie czekać.
Wosh wyszedl w tym momencie z budynku. Cieply, wiosenny wiatr dmuchnąl w jego twarz i rozwial nieulozone wlosy. Pilot skierowal się do Parku miejskiego. Potrzebowal troche ciszy i spokoju, by jeszcze przemyslec kilka rzeczy. Zapomnial niestety, ze akurat dzisiaj w parku rozpoczęto obchody 10-lecia kosmogenetorologi, i prawie wszyscy mlodsi mieszkancy się tam zgromadzili...
- Banda bezmózgich idiotów. - pomyslal Wosh, patrzac, jak nastolatkowie uganiaja sie za latajacym modelem czasteczki DNA. W tym samym momencie przypomnial sobie, ze przeciez zapisal sie na kursy naukowe... I jutro zdawal egzaminy.
- W kadlub transgalaktyka, znowu o czyms zapomnialem...
Wosh odwrocil sie na pięcie, i, po chwili zastanowienia, zacząl biec, po drodze potracajac jakąs staruszke.
Po powrocie do domu usiadl przy ksiazkach, po chwili jednak wstal, podszedl do starodawnego już radioodtwarzacza, i puscił sobie "Luli lali" Hey'u. Wrócil do ksiazek, otworzyl pierwszą z nich i... polozyl glowę na stronach, nucąc sobie "Luli laj..." pod nosem... Zasnął.
- Nie ma sprawy. Trzeba bylo odrazu tak powiedziec, nie bylo by wtedy zadnego problemu. - Odpowiedzial rownie przyjemnym glosem Wosh. - Do zobaczenia!
- Do widzienia, odezwiemy się jeszcze w sprawie lotów.
Wosh usmiechnąl się przy drzwiach, po czym zamknąl je z drugiej strony. Począl zmierzac ku drzwiom wyjsciowym, po drodze wyciągając z kieszeni mp3kę, i wciskając sobie sluchawki w uszy. Wlaczyl odtwarzanie losowe. W jego uszach zaczęlo rozbrzemiwać "...to pieklo, nie raj, tutaj sie konczy swiat...". Tak, mimo wszystko lubil Hey. Przestali grać wiele lat temu, a teraz swoich fanów mają tylko wsrod starszyzny, ale do Wosha trafiali mimo uplywu lat.
- ...To pieklo, nie raj... - zanucil sobie pilot. - ale i tak to lubię. Ciekawe, ile trzeba mi będzie czekać.
Wosh wyszedl w tym momencie z budynku. Cieply, wiosenny wiatr dmuchnąl w jego twarz i rozwial nieulozone wlosy. Pilot skierowal się do Parku miejskiego. Potrzebowal troche ciszy i spokoju, by jeszcze przemyslec kilka rzeczy. Zapomnial niestety, ze akurat dzisiaj w parku rozpoczęto obchody 10-lecia kosmogenetorologi, i prawie wszyscy mlodsi mieszkancy się tam zgromadzili...
- Banda bezmózgich idiotów. - pomyslal Wosh, patrzac, jak nastolatkowie uganiaja sie za latajacym modelem czasteczki DNA. W tym samym momencie przypomnial sobie, ze przeciez zapisal sie na kursy naukowe... I jutro zdawal egzaminy.
- W kadlub transgalaktyka, znowu o czyms zapomnialem...
Wosh odwrocil sie na pięcie, i, po chwili zastanowienia, zacząl biec, po drodze potracajac jakąs staruszke.
Po powrocie do domu usiadl przy ksiazkach, po chwili jednak wstal, podszedl do starodawnego już radioodtwarzacza, i puscił sobie "Luli lali" Hey'u. Wrócil do ksiazek, otworzyl pierwszą z nich i... polozyl glowę na stronach, nucąc sobie "Luli laj..." pod nosem... Zasnął.
Etykiety: Opowiadanie Science Fiction, Pilot Wosh, przemyślenia
sobota, 17 maja 2008
Komu w drogę, temu... sen
Tom wracał właśnie z ogródka. Nie bardzo wiedział, czy być zadowolonym, czy smutnym... Szczerze mówiąc było mu wszystko jedno. Ale ogólnie miał dobry humor, mimo niewielkiej samotności, która go trapiła od kilku dni. W końcu stwierdził, że najlepiej będzie iść spać... Jutro musi wyruszyć w wędrówkę w poszukiwaniu kilku owiec, a nie wie, jak daleko mogły zajść. A co z resztą? "Wytrzymają..." - powtarzał sobie - "Zamknę je w owczarni, zostawiając dużo siana... Przecież nie będzie mnie niewiadomo jak długo...". W głębi serca obawiał się jednak strasznie o resztę owiec... A jak nie znajdzie tamtych? I wróci z pustymi rękoma, i okaże się, że nie ma do czego wracać? Ale nie, Tom nie jest pesymistą! Wszystko na pewno się ułoży, a on po prostu znajdzie te kilka owiec, z których najbardziej zależy mu na tej małej owieczce, która zabłąkała się niedawno, i która była najweselszą ze wszystkich i dawała najwięcej radości staremu Tomowi...
Gdy Tom już leżał, zaczął sobie samowolnie przypominać czasy, gdy chodził po górach i lasach w poszukiwaniu przygód. Przypominał sobie czasy, gdy ludzie byli życzliwsi, a sam świat bardziej przyjazny. Teraz jednak mieszka tutaj, na odległej od osad polanie, gdzie, zazwyczaj samotnie, pasie swe owce w ciszy i spokoju. Zapragnął przez moment wyrwać się z tej sielanki i zobaczyć, co jeszcze potrafi i pamięta z czasów swojej młodości. Na koniec jeszcze cichym głosem powiedział do siebie, jakby mówił do kogoś leżącego obok, "dobranoc", po czym zasnął...
Gdy Tom już leżał, zaczął sobie samowolnie przypominać czasy, gdy chodził po górach i lasach w poszukiwaniu przygód. Przypominał sobie czasy, gdy ludzie byli życzliwsi, a sam świat bardziej przyjazny. Teraz jednak mieszka tutaj, na odległej od osad polanie, gdzie, zazwyczaj samotnie, pasie swe owce w ciszy i spokoju. Zapragnął przez moment wyrwać się z tej sielanki i zobaczyć, co jeszcze potrafi i pamięta z czasów swojej młodości. Na koniec jeszcze cichym głosem powiedział do siebie, jakby mówił do kogoś leżącego obok, "dobranoc", po czym zasnął...
czwartek, 8 maja 2008
Gór brak, przygody potrzeba, na wędrówkę ochota...
Tom wstał wcześniej, niż zwykle. Słońce dopiero zaczynało leniwie oblewać okolicę porannym, sinym światłem. Pasterz wyszedł przed dom powolnym krokiem i rozejrzał się.
Nagle naszło go pragnienie wyruszenia w podróż. Zapragnął znowu zdobywać szczyty i tułaczyć się po dolinach, szukać przygód w jaskiniach i szczęścia w szczytach koron. Przez chwilę zdawało mu się, że całe te jego owce nic mu nie dają, że on się tutaj tylko marnuje... Już chciał nawet, choćby zaraz, opuścić swój domek i wyruszyć w drogę.
W jednej chwili uświadomił sobie jednak, że mimo wszystko mu tutaj dobrze. Ma przecież wszystko, czego mógłby chcieć. I, jeśli postara się tylko choćby odrobinę, może mieć jeszcze więcej... Czego więc właściwie mu brakowało?
Nagle naszło go pragnienie wyruszenia w podróż. Zapragnął znowu zdobywać szczyty i tułaczyć się po dolinach, szukać przygód w jaskiniach i szczęścia w szczytach koron. Przez chwilę zdawało mu się, że całe te jego owce nic mu nie dają, że on się tutaj tylko marnuje... Już chciał nawet, choćby zaraz, opuścić swój domek i wyruszyć w drogę.
W jednej chwili uświadomił sobie jednak, że mimo wszystko mu tutaj dobrze. Ma przecież wszystko, czego mógłby chcieć. I, jeśli postara się tylko choćby odrobinę, może mieć jeszcze więcej... Czego więc właściwie mu brakowało?
Etykiety: fantasy, owce, przemyślenia
niedziela, 4 maja 2008
Pilot Wosh - Bez owijania...
Rok 2022, Budynek zarządu Europejskiej Federacji Kosmicznej, Berlin, Unia Środkowa.
Na zegarze atomowym, wiszącym na przeciwległej ścianie, wybiła godzina 20:00. Pilot Wosh siedział przed biurem prezesa Federacji i czekał na rozmowę. Był zły, ponieważ od kilku miesięcy nie dostał żadnego zlecenia, mimo iż inne firmy dawno by już znalazły dla niego pracę.
Wosh był stosunkowo młodym pilotem, jednak mimo to bardzo doświadczonym. Skończył szkołę lotniczą 4 lata temu, i już przelatał prawie 15 tysięcy godzin. Nieraz wychodził w mistrzowski niemal sposób z wielu trudnych sytuacji. A mimo to oni zajęli się sobą, jakby o nim zapomnieli.
- Może pan wejść, panie Wosh. - Odezwał się głos sekretarki, która wyjrzała zza drzwi.
Pilot wstał i spokojnym krokiem wszedł do środka. Bez słowa minął młodą sekretarkę i przez otwarte drzwi wszedł do gabinetu prezesa, zamykając je za sobą.
- Co was do mnie sprowadza, towarzyszu Wosh? - zapytał prezes, z nieudolnie udawaną życzliwością.
- Nie będę owijał w bawełnę - jestem na was wściekły. Od prawie pół roku nie dostałem żadnego zlecenia. Moja rakieta leży w hangarze z oderwanym skrzydłem, a wy tylko myślicie o sobie. Czuję się wam niepotrzebny, jakbyście zapomnieli, ile zrobiłem dla firmy. A do tego żadnego odzewu z waszej strony, jedna tylko obietnica, że coś postaracie się zrobić.
- To nie tak...
- Cicho! - przerwał pilot - nie przerywajcie mi, prezesie. W tej chwili jestem skłonny odejść z firmy i przestać się tym interesować. Na razie się jednak jeszcze wstrzymam. Ale to wy musicie zrobić pierwszy krok, ja się już sam angażować i wysilać nie będę. A teraz żegnam, i mam nadzieję, że zrozumiał pan, o co mi chodzi...
W tym momencie Wosh obrócił się na pięcie, energicznie otworzył drzwi, i wyszedł, rzucając tylko niechciane "Do widzenia" sekretarce. Przed wyjściem z gabinetu sekretarki, już przez otwarte drzwi, zapytał jeszcze tylko, czy mają kontakt do niego. Upewniając się, że tak, trzasnął drzwiami, i opuścił budynek.
W drodze do domu myślał jednak cały czas o Federacji. Mimo wszystko lubił tą firmę, lubił ludzi w niej pracującej, i ciężko by mu było z niej odchodzić... Ale jak miał tam pracować, jeżeli nie dawano mu żadnych zleceń? W końcu stwierdził, że nie ma się co przejmować, teraz i tak może tylko czekać, i mieć nadzieję, że oni coś zrobią. A jako że czekać bezczynnie nie był wstanie, wybrał się do swojego starego przyjaciela. Może on mu pomoże poprawić humor...
Na zegarze atomowym, wiszącym na przeciwległej ścianie, wybiła godzina 20:00. Pilot Wosh siedział przed biurem prezesa Federacji i czekał na rozmowę. Był zły, ponieważ od kilku miesięcy nie dostał żadnego zlecenia, mimo iż inne firmy dawno by już znalazły dla niego pracę.
Wosh był stosunkowo młodym pilotem, jednak mimo to bardzo doświadczonym. Skończył szkołę lotniczą 4 lata temu, i już przelatał prawie 15 tysięcy godzin. Nieraz wychodził w mistrzowski niemal sposób z wielu trudnych sytuacji. A mimo to oni zajęli się sobą, jakby o nim zapomnieli.
- Może pan wejść, panie Wosh. - Odezwał się głos sekretarki, która wyjrzała zza drzwi.
Pilot wstał i spokojnym krokiem wszedł do środka. Bez słowa minął młodą sekretarkę i przez otwarte drzwi wszedł do gabinetu prezesa, zamykając je za sobą.
- Co was do mnie sprowadza, towarzyszu Wosh? - zapytał prezes, z nieudolnie udawaną życzliwością.
- Nie będę owijał w bawełnę - jestem na was wściekły. Od prawie pół roku nie dostałem żadnego zlecenia. Moja rakieta leży w hangarze z oderwanym skrzydłem, a wy tylko myślicie o sobie. Czuję się wam niepotrzebny, jakbyście zapomnieli, ile zrobiłem dla firmy. A do tego żadnego odzewu z waszej strony, jedna tylko obietnica, że coś postaracie się zrobić.
- To nie tak...
- Cicho! - przerwał pilot - nie przerywajcie mi, prezesie. W tej chwili jestem skłonny odejść z firmy i przestać się tym interesować. Na razie się jednak jeszcze wstrzymam. Ale to wy musicie zrobić pierwszy krok, ja się już sam angażować i wysilać nie będę. A teraz żegnam, i mam nadzieję, że zrozumiał pan, o co mi chodzi...
W tym momencie Wosh obrócił się na pięcie, energicznie otworzył drzwi, i wyszedł, rzucając tylko niechciane "Do widzenia" sekretarce. Przed wyjściem z gabinetu sekretarki, już przez otwarte drzwi, zapytał jeszcze tylko, czy mają kontakt do niego. Upewniając się, że tak, trzasnął drzwiami, i opuścił budynek.
W drodze do domu myślał jednak cały czas o Federacji. Mimo wszystko lubił tą firmę, lubił ludzi w niej pracującej, i ciężko by mu było z niej odchodzić... Ale jak miał tam pracować, jeżeli nie dawano mu żadnych zleceń? W końcu stwierdził, że nie ma się co przejmować, teraz i tak może tylko czekać, i mieć nadzieję, że oni coś zrobią. A jako że czekać bezczynnie nie był wstanie, wybrał się do swojego starego przyjaciela. Może on mu pomoże poprawić humor...
Etykiety: Opowiadanie Science Fiction, Pilot Wosh, przemyślenia

