Mikołajsko - prabucko - wikrowska ekipa wybrała się w dniach 12-17 Juliana Roku
Pańskiego 2006 na wyprawę do Nowej Pasłęki (w Nowej bawiliśmy do 16 VII) na
zaproszenie zaprzyjaźnionego emerytowanego Bosmana miejscowego bosmanatu.
Zaczęło się, jak to zwykle, wyjazdem z samego rana. Start oficjalny miał
miejsce 12 lipca o 0630 w Mikołajkach Pomorskich, zaraz po tym jak dołączył
do ekipy Blase, który dojechał z Prabut. „Ekipa” składała się w tym momencie
z Aśki, Karoli, Kamila i Arti'ego. Ja miałam dołączyć w Elblągu.
Początek trasy niezbyt wymagający. Przed Dzierzgoniem był przedsmak
tego, co czekało nas na Wysoczyźnie Elbląskiej. Tzw. zjazd na pysk do
Stanowa. Mocno obciążony rowerek może się tam bujnąć nawet 60 km/h plus
pedałowanie dla chętnych.
Po drodze moich towarzyszy zaskoczył deszcz. Przez jakiś czas czekali na
zadaszonym przystanku studiując naścienne malowidła rdzennej ludności
Dzierzgonia. Kiedy dowiedzieli się już kto kogo kocha, a komu to i tamto, to
ruszyli dalej. A dalej nudy – Żuławy, czyli płasko. No i można wpaść w
depresję...
W końcu doczekałam się peletonu w Elblągu i było nas już sześcioro. Po uzupełnieniu
zapasów pożywienia i przebrnięciu przez miasto, skierowaliśmy się na
przepięknie poprowadzoną drogę wojewódzką nr 503.
W Jagodnej (czy wg inszych źródeł „w Jagodnie”) obiad...
...bo za chwilę miała nas czekać wspinaczka z kilku m n.p.m na 90 m n.p.m., a
po drodze punkt widokowy na Zalew Wiślany. Gdy tam dotarliśmy świeciło już
Słońce więc deszcz nie psuł widoków na Mierzeję Wiślaną. Ale niezbyt długo
kontemplowaliśmy przyrodę, bo przed nami było jeszcze sporo kilometrów. No i
trzeba było się jeszcze trochę wdrapać na Wysoczyznę. Respekt
dla Błażeja, który wiózł z nas wszystkich chyba najwięcej. Jak podał, jego
tylne koło na wadze łazienkowej pokazało 35 kg.
Kawalątek za skrzyżowaniem z drogą na Łęcze zaczął się zjazd na pysk. Nie
wiem ile tam się rozpędziliśmy, bo wolałam patrzeć na jezdnię, niż na
licznik, żeby się po prostu nie zabić. Wrażenia wyciskające łzy z oczu -
dosłownie. Jeszcze przyjemniej było na zjeździe do Kadyn, gdyż ten był bardziej
serpentyniasty. Na końcu tego zjazdu trzeba było dać ostro po hamulach, bo
po prawej objawił się nam w całej okazałości Dąb Bażyńskiego rosnący tam
niewzruszenie od 700 lat...
W Kadynach po żmudnych poszukiwaniach odnaleźliśmy taras widokowy na
Klasztornej Górze w sąsiedztwie XVIII - wiecznego zespołu klasztornego
(częściowo odbudowanego w XX wieku), po czym pomknęliśmy dalej. W Tolkmicku
po długim rozmyślaniu postanowiliśmy zaryzykować i pojechać Szlakiem
Kopernikowskim, żeby zobaczyć Święty Kamień. Do tej pory widziałam go tylko
z pociągu kolei zalewowej...
...i tak pozostało. Jak wszystko w naszym kraju tak i ten szlak był
"wzorowo" oznakowany. Zamiast kamienia - Chojnowo i nie było już
sensu zawracać. A brnąc przez leśne piachy straciliśmy godzinę jazdy i nasza
wizyta w Nowej Pasłęce 12 lipca przed zachodem Słońca stanęła pod znakiem
zapytania.
Na szczęście od Chojnowa droga nie pozostawiała już wątpliwości, jeśli
chodzi o interpretacje mapy. Za Pogrodziem przyjemny zjazd do Fromborka, a
dalej w lewo na wał i w stronę Nowej Pasłęki. Na wysepkę, na której mieszka
Bosman dotarliśmy oglądając ostatnie promienie zachodzącego za Mierzeją
Słońca i mając w nogach 140 kilometrów. Dostaliśmy prywatną plażę i...
miliony zielonych komarów które w nocy dawały całkiem głośny koncert. Na
szczęście nie gustowały w krwi ludzkiej.
Gdy wzniesiono namioty udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Następnego dnia
mieliśmy ryzykować życiem na wyprawie pod granicę z ZSRR...
Po wczorajszych zmaganiach mogliśmy odpocząć i nie wstawać o wschodzie
Słońca. Dziś w planach nie było kilometrów dróg i bezdroży... przynajmniej
nie rowerem.
Mnie obudziły szyszki, których do końca trwania obozu w Nowej nie zdołałam
usunąć spod namiotu. Mam nadzieje ze już ich nie mam między kręgami...
Ponieważ w przeciwieństwie do Blaze-mana nie wiozłam zapasu żywności dla
całego dywizjonu udałam się rano z Arturem do jedynego sklepu w Nowej Pasłęce,
oddalonego od obozowiska o kilka kilometrów. Po drodze można było spotkać
tubylców...
Po śniadaniu spożytym na cyplu u wejścia do portu spotkaliśmy się z panem
Romkiem - Bosmanem i naszym gospodarzem. Przybliżył nam historię portu i
opowiedział o miejscowej florze i faunie. „Nowa Pasłęka to pierwszy port
Rzeczypospolitej – Słońce wstaje tu najwcześniej” – mówił. Pokazał nam
granicę z Rosją przebiegającą na Mierzei, którą widać na poniższym zdjęciu
(to ten niezalesiony pas), po czym zaproponował nam - szczurom lądowym,
przejażdżkę Orionem. Nie jest to zbyt pojemna jednostka pływająca, więc
podzieliliśmy się na dwie grupy.
W palącym Słońcu pierwsza trójka z nas wypłynęła. Chwilę po tym dołączyła do
nich Polish Border Guard. Każde wypłynięcie z portu jest przez Bosmana
zgłaszane, ale jak widać musieli się upewnić ilu przerzucamy szpiegów do
bratniego narodu. Na Zalewie mieliśmy czas na rozmowy i tak minęła nam
znaczna część dnia. Każdy z nas miał okazję zostać sternikiem. Nie było to
łatwe, bo trzeba było lawirować między gęsto rozstawionymi sieciami
rybackimi i uważać na rosyjskie atomowe łodzie podwodne. Minęliśmy także
najprawdziwszą morską boję (nie omieszkaliśmy zrobić sobie przy niej
zdjęcia) oraz przepływaliśmy niedaleko jednostki patrolującej
polsko-rosyjską granicę (uzbrojonej oczywiście).
Po powrocie na ląd i szybkim obiedzie okazało się, że jest jeszcze sporo
czasu żeby sobie gdzieś popedałować. Asia, Karola i Kamo udali się
do Braniewa i Fromborka, a Błażej, Arti i ja wałem w stronę „Muszelkowej
plaży”. I rzeczywiście gdzie nie spojrzeć pod nogi widok był mniej więcej
taki, jak na załączonym kawałek dalej obrazku.
Wieczorem był czas na Zachód Słońca, który dnia wcześniejszego w pośpiechu
trochę zaniedbaliśmy. Tutaj muszę zwrócić uwagę na zdjęcie, jakie miałam
okazję zrobić. Do tej pory padają podejrzenia, że te przelatujące łabędzie
były ze mną w zmowie. Nic podobnego - nazywa się to refleksem rewolwerowca.
Od rana towarzyszył nam kot, który przybłąkał się kiedyś do portu.
Przywiązał się do nas bardzo (oczywiście najbardziej do Blazera, który
chciał go nawet zabrać ze sobą) i sypiał w namiocie. Zawsze się na coś
załapał...
Tak minął dzień drugi... A tak wyglądało wejście do portu po zmierzchu...
latarnia, wędki i światła Mierzei...
Zaczęło się tradycyjnie poranną pobudką i wyjazdem o 0600 rano. Najsampierw
Braniewo i zakupy w sklepie, którego nazwy nie wymienię... po czym udaliśmy
się drogą nr 507, aby zobaczyć dwór w Świętochowie... a właściwie żeby
prawie
nic nie zobaczyć, bo niewiele z niego zostało.
Jakoś przed 0800 Arti uznał, że dalej bez śniadania nie pojedzie i na
środku drogi zaczęliśmy robić sobie stołówkę.
Będąc na siodle zazwyczaj wciągamy izotoniki, ale z braku laku kakao też
dobre, szczególnie na zakwasy. Kilka kilometrów dalej dojechaliśmy do drogi
krajowej nr 22 – słynnej „berlinki”. "Zjazd na autostradę” i cała droga
nasza bo ruch był znikomy na tym odcinku z powodu prowadzonych remontów.
W strefie budowy przejścia granicznego, mimo zakazu, postanowiliśmy
podjechać w nadziei, że jednak nie zaczną do nas strzelać. Skończyło się na
tym, że pracownik budowy zawrócił nas mówiąc, "że nie możemy tu przebywać,
bo będziemy mieli nieprzyjemności”. Nie chcąc mieć "nieprzyjemności”
pojechaliśmy zrobić sobie zdjęcia w bardziej zacisznym miejscu granicy
polsko-rosysjskiej, również w Grzechotkach, ale trochę "obok”... Oczywiście
mieliśmy ze sobą paszporty, ale nie zapuszczaliśmy się za bardzo w głuszę
rosyjskiego lasu wiedząc, że jesteśmy pod czujną obserwacją wielkiego brata
Wladimira.
Następnie udaliśmy się do Jarocina (nie, nie tego Jarocina) bo wyczytaliśmy,
że jest to opuszczona wioska. Gdy tam dojechaliśmy okazało się, że
najwyraźniej nie jest, bo po co w takiej wiosce robić kanalizację...
Na pocieszenie pozostały nam stare poniemieckie słupy wysokiego napięcia. Te
betonowe konstrukcje wyglądają niesamowicie (można je znaleźć też koło
Elbląga ale w tamtej scenerii wyglądają już mniej spektakularnie). Na niektórych odcinkach
były wykorzystane przez polską energetykę, ale na zdjęciu pokazane są bez
przewodów.
Z Jarocina przez Żelazną Gorę pedałnęliśmy do Lipowiny gdzie czekały na nas
ruiny
barokowego pałacu Stanisławskiego.
Wróciliśmy na dwudziestkę dwójkę i pojechaliśmy w kierunku wiaduktów, które
jeszcze niedawno miały zerwane przęsła. Jak się okazało są już podniesione i
się kurzą, bo wjazd na nie blokują zwały zarośniętego żwiru.
Po sesji zdjęciowej na mostach pojechaliśmy do Pierzchał rzucić okiem na
elektrownię przy zaporze na zbiorniku Pierzchalskim.
Polecam w wolnej chwili przeszukać tę
witrynę i spróbować dopasować do zdjęć powyżej odpowiedniki z
przeszłości, by zobaczyć jak zniszczony był ten odcinek Berlinki.
Dla przykładu uwagę zwraca zachowanie po odbudowie kształtu mostu na Pasłęce.
Przyszła pora wracać do Nowej Pasłęki. Niestety moja propozycja żeby się
cofnąć kawałek do normalnej drogi nie została przeforsowana... bo nikt nie
wierzył, że kocie łby mogą się ciągnąć przez 13 km (droga Pierzchały –
Braniewo). A jednak. Myślałam, że moje nadgarstki zetrą się na proch...
W Braniewie przytrafiła się awaria - Asii skończył się łańcuch. Po zamianie
rowerów Arti holował Kamila z Braniewa do Nowej... udało się. Przejechaliśmy
tego dnia 100 km (w tym Kamo 5 km na koszt Arti'ego, ale patrząc jak
szaleli, to wyglądało, że mieli frajdę).
Tego dnia delektowaliśmy się ostatnimi chwilami spędzanymi w Nowej. Rano
Asia i Kamo pojechali do Braniewa kupić ogniwo do zerwanego łańcucha, gdyż w
chwili awarii sklep rowerowy był już zamknięty.
Skoro nie wyjechaliśmy rano to nie wyjechaliśmy też później. Z resztą
całkiem silnie wiało (do 7 w skali Beauforta, co widać na zdjęciach poniżej)
i
prędzej czy później mielibyśmy nieprzyjemny dla rowerzysty boczny wiatr.
Postanowiliśmy spędzić ten dzień w porcie i ustalić trasę na dzień
jutrzejszy. Nie było to wcale łatwe, gdyż Blase i ja z przyczyn wyższych
musieliśmy zakończyć wycieczkę dnia następnego. Z kolei Asia, Kamo i Karola
mieli zamiar wrócić pojutrze. W związku z tym cały dzień się zastanawialiśmy
gdzie pojedziemy i czy pojedziemy tam razem. Około godziny 1700 podjęliśmy
wstępną decyzję, że część trasy pokonamy wspólnie a później się rozdzielimy.
Po pożegnaniu z naszym gospodarzem i wspólnym zdjęciu obejrzeliśmy ostatni
zachód Słońca w Nowej Pasłęce.
Dzień piąty to poranna pobudka i szybkie pakowanie. Noc była strasznie
zimna. Podobno było koło 10 Celsów. Z powodu chłodu przesunęliśmy wyjazd z
0600 na 0700. Dodatkowo pakowanie nie szło zbyt sprawnie, a nasz kolega kot
wcale nam nie pomagał.
Najwyraźniej nie chciał żebyśmy odjeżdżali. Z resztą miał w tym swój smaczny
interes. W końcu udało się skompresować
bagaż do aerodynamicznych kształtów i załadować się na rowery. Na koniec
zabraliśmy zapas mega zimnej wody czerpanej ze 143 metrów i mogliśmy
po raz ostatni spojrzeć na wejście do portu.
Udaliśmy się drogą #507 na Pieniężno. Po drodze jakiś zagubiony wóz
techniczny wziął nas za rowerową grupę Lotos, podczas gdy my
przystępowaliśmy do śniadania na przystanku autobusowym. A walka o ostatnie
zapasy nie była łatwa, co obrazuje poniższe zdjęcie.
Zjazd do Pieniężna był bardzo przyjemny, choć część Drużyny twierdziła, że
jedziemy pod górę, ale rzeczywiście większość trasy była w dół [dowód dla
Blase'a: Piotrowiec: 109 m n.p.m a Pieniężno 79 m n.p.m. czyli gdzieś
musieliśmy się stoczyć te 30 metrów]. Pewnie niektórzy z nas odczuwali już
"syndrom kolejnego kilometra".
W Pieniężnie przez przypadek Arti trafił do WC na dworcu PKP, a potem jadąc
przez miasto nie mógł się pozbierać, śmiejąc się cały czas. A wszystko
przez unikalne rozwiązanie inżynieryjne ustępu w tym miejscu. Nie będę tu
się rozwodziła (to porządna strona) – najlepiej jak sami zobaczycie
odwiedzając kiedyś Pieniężno. Z wrażenia nie zrobiliśmy
zdjęcia.
W Pieniężnie jedliśmy świetne lody sprzedawane z jakiegoś kurnika przez...
koszykarza – ledwo się tam mieścił, ale za to ładował ogromniaste porcje
(niemal takie jak on). Po wizycie na rynku gdzie uwagę, z oczywistych
względów, przykuwa neogotycki kościół oraz ruiny Zamku Kapituły Warmińskiej
z XIV w. a także gotycki ratusz z XIV-XV w., udaliśmy się zobaczyć to, co
interesowało nas najbardziej (poza lodami włoskimi). Mianowicie most kolejowy nad rzeką Wałszą z
1885 roku. Musimy się przyznać, że trochę pobłądziliśmy, żeby jakoś się na
niego wdrapać. Wrażenie zrobiła na nas także (używana do tej pory) wieża
ciśnień oddana do użytku w 1905 roku.
Gdy już obejrzeliśmy to wszystko w takim tempie, na jakie pozwalały nam
plany na dzień dzisiejszy, zebraliśmy się na parkingu, aby się pożegnać. W
tym miejscu wyprawa rowerowa podzieliła się na dwie. Karola, Asia i Kamo
udali się w stronę Ornety i okolicznych dworków, by powrócić dnia następnego
do Mikołajek Pomorskich. Z kolei Arti, Blase i ja udaliśmy się w kierunku
Chruściela (choć, jak się później okazało, nigdy tam nie dojechaliśmy).
Niestety przepadła relacji szczegółowa od części Drużyny, która udała się do
Ornety, więc niżej wieści od Blase'a, Arti'ego i mnie.
Otóż mając problemy z zaopatrzeniem się w znaczki pocztowe w to niedzielne
południe, otrzymaliśmy informacje, że w okolicznym seminarium dostaniemy
znaczki w tamtejszym sklepiku. Sprawą honoru było wysłać kartkę z Pieniężna
do Gacy - naszej kumpeli z Pieniężna. Na skrzyżowaniu z drogą do Kajnit postanowiliśmy, że Blase
pojedzie dalej a my go dogonimy... ale zobaczyliśmy go później dopiero w
Elblągu, bo wizyta w seminarium zabrała nam sporo czasu, a potem jeszcze
obiad w warunkach polowych. Do wspomnianego Chruściela nigdy nie
dojechaliśmy, bo Blase obrał szlak przez Młynary, a Arti i ja pojechaliśmy
za nim.
W Seminarium Duchownym Księży Werbistów
nie dostaliśmy jednak znaczków, ale zadziałałam i tubylcy powiedzieli, że wyślą
nam je następnego dnia jak wpadnie listonosz. Powoli zaczynam sobie
uświadamiać, że w Drużynie B. spełniam podobną rolę jak Buźka w Drużynie A. - w Nowej Pasłęce kupiłam w
sklepie mleko, podczas gdy go wcale nie było. Tak męczyłam sprzedawczynie, że
ta „sprowadziała” mleko od sąsiadki.
Blase dotarł do El-bonga godzinę przed nami (nakręciliśmy tego
dnia 120 km). Po drodze oglądaliśmy jeszcze kościół w Długoborze i resztki
mostu na Pasłęce.
No i omało nie zabiliśmy się zjeżdżając z Pomorskiej Wsi do Elbląga drogą
przez Dębicę (przewyższenie niemal 160 metrów).
Dla mnie i Arti'ego wyprawa zakończyła się w Elblągu, ale Blase myknął jeszcze
pociągiem do Malborka. A reszta Drużyny B. szczęśliwie zameldowała się w
domu dnia następnego, choć niewiele brakowało, by zginęli na polu ziemniaków
odstrzeleni przez jakiegoś podchmielonego myśliwego... Tak słyszałam.
Wyprawa do Nowej Pasłęki w ten oto sposób przeszła do historii.