Nocleg na wieży widokowej w Rezerwacie Jez. Drużno w roku 2005 był tak
ekscytujący [relacja w Kwadratowym Kole], że wspólnie z Kachną
postanowiliśmy powtórzyć wyczyn. Miało to miejsce w dniach 21-22 lipca 2006
i zostanie zapamiętane na długo. Z dwóch powodów: burzy i komarów.
Miliony komarów. Kiedy wspominam ten popołudniowy wypad na sąsiadujące z
Elblągiem Drużno (zwane też Druznem) odczuwam swędzenie. Chyba mam traumę. A może nie, bo kiedy
powiedziałem głośno co piszę, to ktoś siedzący obok odparł, bym poszedł się
umyć. W takim razie sprawa komarów zamknięta. Nic nadzwyczajnego, ale robiąc
zdjęcia i starając się utrzymać nieruchomo aparat dłonie nagle ciemniały.
Przejdźmy do burzy. W zasadzie to ona nas od komarów uratowała, mimo że nie
dotarła nad jezioro. Wyglądało jednak, że kieruje się na nas, a my bez drogi
ucieczki mogliśmy tylko czekać. Oczywiście droga była, ale po ciemku,
rowerami przez chaszcze i bez oświetlenia wylądowalibyśmy prawdopodobnie w
sąsiadującej z wąską ścieżyną Balewce.
Z każdą minutą wiatr się wzmagał, co utrudniało przymocowanie namiotu do
barierek na wieży. Błyskawice widoczne na horyzoncie zdawały się być co raz
bliżej. Mogliśmy podziwiać ich piękno, tak dobrze widoczne po zmierzchu.
Były jeszcze na tyle daleko, że zachwyt jakie wywoływały tłumił niepokój
wynikający z możliwości bliższego spotkania z nimi. Marnym pocieszeniem
było, że drewniana wieża widokowa została wyposażona w piorunochron.
W końcu wiatr ustał. Komary poleciały spać. Typowa "cisza przed", ale na
szczęście spektakl pod tytułem "burza" został przerwany zaraz po preludium.
Zawierucha przeszła bokiem. Zamiast piorunów jedynym światłem, jakie
układało nas do snu, była miejska łuna, ukrytego za porastającym okolice
jeziora olsem i łęgiem, Elbląga.
Następnego dnia, o poranku, czekała nas główna atrakcja - wschód,
wyłaniającego się zza Wysoczyzny Elbląskiej, Słońca. W lipcu takie
przedstawienie zaczyna się ok. 0430, ale tego dnia na horyzoncie była
niewielka zasłona z chmur, które pierwsze promienie przepuściły do nas o godzinie
piątej. Nad lustrem wody mgły nie było - jedynie dalej, na przeciwnym brzegu
było widać niską, gęstą kołdrę.
Na wieży można przesiadywać godzinami. Wspaniałe widoki i cała masa ptactwa,
które niejako zmienia między sobą warty, w zależności od pory dnia.
Spakowaliśmy manatki dopiero po czwartej po południu, zostawiliśmy miękką
ziemie i wróciliśmy na miejski beton i asfalt.