Wyjazd do Białej Góry to jedna z tych niedzielnych leniwych przejażdżek,
kiedy nagle kilka dni wcześniej okazuje się, że pogoda będzie ładna i
frekwencja dopisze (pod kilkoma warunkami, z których najważniejszy to taki,
że ktoś gdzieś po coś o którejś musi jeszcze gdzieś być). Ten ostatni
warunek powoduje zwykle, że jedziemy w raczej nieodległe i znajome
już miejsce, a nie posyłamy naszych rowerków na nieznane im wcześniej
ziemie. Tak było i tym razem. Udało się jednak wprowadzić małe urozmaicenia
kartograficzne oraz zobaczyć coś, co zwykle omijaliśmy, ponieważ Białą Góra
to raczej punkt przejazdowy, niźli docelowy, na naszych trasach. Przede
wszystkim zdołaliśmy (a konkretnie Karola tego dokonała) namówić Waldka na
uczestnictwo w wycieczce. Tego pamiętnego dnia zadebiutował w Drużynie B.
Jeśli ktoś uważa, że debiut w Drużynie jest taki bezbolesny, to rzecz jasna
się myli. Konieczny jest chrzest, który w tym przypadku składać się miał z dwóch zadań. Po
pierwsze Waldek miał pokonać całą trasę na przełożeniu 1-1 w taki sposób,
abyśmy mieli go nieustannie w polu widzenia. Po wtóre zaś musiał skoczyć ze
śluzy do Nogatu (na rowerze oczywiście) robiąc w powietrzu salto. Po
burzliwych negocjacjach przehandlowaliśmy z Waldkiem oba zadania za paczkę
ciastek i gumy do żucia.
Kachna i Arti mieli za zadanie dotrzeć na poranną zbiórkę w Mikołajkach
Pomorskich z Elbląga. Uznali, że przy tak ładnej pogodzie nie ma co tłuc się
pociągiem, więc wyjechali przed wschodem Słońca w kierunku Dzierzgonia
(gdzie u rodziców Artiego zrobili przerwę na drugie śniadanie) i wylądowali
w Mikołajkach około godziny 1000.
Na miejscu czekała już reszta ekipy: Asia, Karola, Kamo i Waldek. Udaliśmy
się w kierunku Postolina, gdzie po drodze mijaliśmy tłumy kibiców udające
się na mecz miejscowej A-klasowej Błyskawicy - dosłownie istne szaleństwo.
Jeśli ktoś jeszcze nie był nigdy na meczu prowincjonalnej drużyny B- lub
A-klasowej, a jest fanem piłki nożnej lub/i fascynuje go folklor i ludowe
tradycje, bądź też jest miłośnikiem polszczyzny, to musi koniecznie raz w
życiu taki mecz obejrzeć.
Z Postolina odbiliśmy na polne i leśne trakty prowadzące przez Nową Wieś do
wioseczki o malowniczo brzmiącej nazwie Borowy Młyn. Znajdziemy tam śluzę
oraz stary młyn.
Kawałek dalej, w Barcicach, znajduje się cmentarz mennonicki.
Do Białej Góry dojechaliśmy przez Benowo, pokonując ostatni odcinek wąską
drogą wzdłuż wiślanego wału.
Kawałek dalej, w Piekle, przyjrzeliśmy się temu, co zwykle uchodziło naszej
uwadze - mianowicie ruinie starego mostu drogowego [jeśli ktoś się zastanawia
z jakiego powodu Piekło zasłużyło na taką nazwę, to wystarczy, że spojrzy na
mapę].
Wyprawa oficjalnie zakończyła się w Sztumie - mieście dwóch rond i dwóch
jezior - rodzinnej wiosce naszego rowerowego współtowarzysza Michała.
Stamtąd Asia, Karola, Kamo i Waldek popedałowali do Mikołajek Pomorskich, a
Kachna i Arti podjechali do Malborka i tam wsiedli w pociąg do Elbląga.