Jedno z najpiękniejszych miejsc w naszej okolicy, gdzie można kontemplować
przyrodę zachwycając się jej pięknem, to Rezerwat Jeziora Drużno w pobliżu
Elbląga. Tam też owego dnia Karola, Olo i ja udaliśmy się, by odetchnąć od
ścieków cywilizacji. Na miejscu szybko okazało się jednak, że
to Przyroda kontemplowała nas... :)
Z Mikołajek Pomorskich wyruszyliśmy relatywnie późno, jak na nasze
przyzwyczajenia (nie o wschodzie Słońca) - mianowicie przed 1800, czyli
niemal o zachodzie, jako że był początek września. W ostatnim etapie podróży
musieliśmy przedzierać się wąską, zarośniętą ścieżką biegnącą wzdłuż lewego
brzegu Balewki, ale udało się bez większych strat w ludziach. Żadne
drapieżniki nie zaatakowały nas, a jedynie jakiś zwisający z gałęzi wąż
musiał przechwycić przyczepione do bagażnika bułki, jakie wiózł Olo, gdyż
nikt ich później nie widział.
Wcześniej, w drodze nad jezioro, zatrzymaliśmy się w Dzierzgoniu, gdzie
obficie zaopatrzyliśmy się w pożywienie wymieniając się z miejscowymi
osadnikami drobnymi towarami, jak szprychy, śrubki czy worki foliowe.
Pokierowali nas oni w dalszą drogę wskazując na szlak do Świętego Gaju, ale
ostrzegli, że nie wszyscy, którzy się tam udają wracają, powołując się na
historię niejakiego Wojciechowskiego. Uznaliśmy jednak, że jeden zaginiony
na setki, jakie tamtędy poruszają się, to nieduże ryzyko.
Namiot rozbiliśmy na wieży - bez linek, bo pozwalała na to jego konstrukcja.
Jednak w przypadku silnych wiatrów, przy nieobecności jakiegokolwiek z
mieszkańców, ryzykowaliśmy, że zamieni się w latawiec.
Jako, że było już ciemno, podziwianie przyrody zostawiliśmy sobie na dzień
następny i po kolacji udaliśmy się na spoczynek, by rano nie spóźnić się na
wyjątkowy, w tym miejscu spektakl wschodu Słońca.
Ciszę zakłóciły tajemnicze odgłosy. Razem z Olem, zaopatrzeni w kamerę,
postanowiliśmy sprawdzić, co jest ich źródłem, a Karola miała zostać na wieży i
przeciwdziałać swoją masą zjawisku transformacji namiotu w obiekt latający.
Do tej pory nie potrafimy zinterpretować nagrań, jakich dokonaliśmy. Ponadto
po powrocie do "obozu" okazało się, że Karola zniknęła. Zaczęliśmy
podejrzewać krwiożercze misie Koala, o jakich czytaliśmy dzień wcześniej w
przewodniku po województwie pomorskim. Jednak, jako że byliśmy poza ich
naturalnym siedliskiem (czyli w woj. warmińsko-mazurskim), szybko wysłaliśmy
esemesa do zaprzyjaźnionych osób, by sprawdziły w Internecie, czy jesteśmy
bezpieczni (i przy okazji gdzie jest Karola). Odpowiedź, jaką dostaliśmy nie
była jednoznaczna, ale poradzono nam zaopatrzyć się w eukaliptus (albo
przynajmniej szampon eukaliptusowy). Zaczęliśmy przeklinać dzierzgońskich
osadników, że nie wspomnieli o eukaliptusie. Nie dostaliśmy też w esemesie
konkretnej informacji o Karoli, poza tą, że: "jest w pudełku".
Na szczęście wyłoniła się z mroku oblepiona jedynie ślimakami. Nie pamiętała
wszak jak znalazła się na dole. Oto tajemnicze nagranie:
Postanowiliśmy ustawić wartę przy schodach w postaci butów Ola i iść spać.
Ranek przywitał nas pięknym wschodem Słońca.
Pomiędzy wypatrywaniem ptactwa i zachwycaniem się widokami, rozegraliśmy
kilka partyjek w Mastermind i warcaby oraz przeprowadziliśmy konkurs łapania
w usta kulek płatków śniadaniowych zrzucanych z wieży, w którym
bezkonkurencyjna była Karola.
Nagraliśmy też słynny film instruktażowy "Spadające karimaty, czyli zasady
BHP na obiektach wielokondygnacyjnych", którego reżyserii podjął się sam Olo.
Tutaj kadr z filmu:
Zainteresowanych zakupem pełnej wersji filmu prosimy o kontakt (z bolcem).
Po południu udaliśmy się do Elbląga, wpadając jeszcze po drodze w depresję.
W Elblągu, po honorowej rundzie i sesji zdjęciowej, obraliśmy azymut na
Mikołajki Pomorskie, a jadąc szosą natrafiliśmy na potrąconą pustułkę. Wtedy
to padły słynne słowa Ola: "Piękny widok. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko
drapieżnego ptaka... pomimo, że leżał na drodze".