Sezon 2004
pozostanie nam w pamięci jako jedyny, w którym nie pojechaliśmy nigdzie z
namiotami, mimo ambitnych planów. Wszystkie wycieczki były jednodniowe, a
wiele z nich w okrojonym składzie. Nie udało nam się zsynchronizować wolnego
czasu, innym razem pogoda nas zatrzymywała, a w końcu wielu z nas miało tego
lata wyjazdy o wyższym priorytecie. Nie oznacza to jednak, że nie
odwiedziliśmy ciekawych miejsc. Cofnęliśmy się na rowerach w czasie lądując
w Oberlandii (i nie wymagało to pedałowania z prędkością 88 mil/h), padliśmy
ofiarami nikczemnego sabotażu oraz spotkaliśmy (niektórzy tak twierdzą)
Super Groovera. Ponadto wpadliśmy w depresję, a potem okazało się, że na
góralu można machnąć dwie setki i jeszcze wrócić cało do domu.
Te przygody, i jeszcze kilka, w krótkich relacjach poniżej.
Skoro poprzedni sezon był tak dla nas udany, uznaliśmy że podobnie jak przed
rokiem udamy się na pierwszą przejażdżkę do Gniewu i zrobimy z tego
średniowiecznego grodu obowiązkowy punkt wypadowy każdego lata. Niestety, z
powodów wymienionych na wstępie, skończyło się na wyjeździe dwuosobowym.
Z całego sezonu rundę rowerami wzdłuż Kanału Elbląskiego wspominam najlepiej
(pewnie już wzbudzam u niektórych kontrowersje stosując nazwę Elbląski,
ale postaram się odkuć kawałek dalej). Ze skromnej niedzielnej wycieczki,
która w planach miała zaledwie pochylnię w Jelonkach, zamieniła się w
całodniówkę, co pozwoliło nam przyjrzeć się każdej pochylni.
Przyznam się, że mimo iż mieszkam na strzał z łuku od Kanału Oberlandzkiego,
to dopiero tego dnia widziałem wszystkie pochylnie. Kanał ten stanowi
unikatowe rozwiązanie inżynieryjne w skali całego świata, dlatego zachęcam
gorąco do działania. Można zwiedzać tak jak my, ale jeszcze lepiej skorzystać z usług
Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej i wybrać jeden z wielu wariantów rejsów po
kanale i okolicznych jeziorach.
Fachowy artykuł o Kanale Elbląskim można przeczytać na stronie
gdańskiego RZGW. W Wikipedii też jest co czytać. Wyjaśnienie, dlaczego
stosuję nazwę od miasta Elbląga zamieszam tutaj.
Z Mikołajek popedałowaliśmy przez Dzierzgoń i Rychliki do Jelonek. Moim
zdaniem oglądanie pochylni zaczynając od usytuowanej najniżej (Całuny Nowe)
jest najwygodniejsze, jako że pochylnia Buczyniec pozostaje na koniec, a to
właśnie w jej otoczeniu znajduje się kilka barów i straganów z pamiątkami
oraz małe muzeum. Poniżej kilka zdjęć. Niestety tylko kilka, bo wyprawa
miała miejsce w czasach, kiedy miałem do dyspozycji analogowy kompakt. Filmy
miały jedną wadę - zawsze były zbyt krótkie i zanim nacisnęło się na spust
migawki trzeba było zastanowić się dwa razy.
W zasadzie wzdłuż całego kanału można poruszać się po drodze usytuowanej na
jego brzegu (nie pamiętam żadnych zakazów ruchu, ale nie wykluczam że w
końcu się to może zmienić), jednak w okresie wzmożonego ruchu turystycznego
na niektórych fragmentach można mieć problem z wyminięciem się z kierowcami
jadącymi z przeciwnego kierunku. Oczywiście nie jest to problemem
rowerzystów.
Wspomniałem, że z owego dnia nie mam zbyt wielu zdjęć, co nie znaczy, że nie
mam tej budowli hydrotechnicznej obfotografowanej z każdej możliwej strony.
Liczę, że nikt nie poczuje się mocno oszukany, jeśli kilka zdjęć z innego
okresu zamieszczę
w tym akapicie, aby pokazać piękno i pomysłowość Kanału Oberlandzkiego.
Z Buczyńca przez Lepno i Myślice udaliśmy się do Pudłowca, położonego nieopodal Dzierzgonia.
Znajduje się tam piękna ruina pałacu zbudowanego w
stylu neogotyckim (szkoda, że tylko ruina, ale w Polsce można do tego
przywyknąć). Ciężko znaleźć coś w Necie, dlatego polecam wątek na forum
marienburg.pl.
Wracając do Mikołajek zatrzymaliśmy się jeszcze w Lipcu, gdzie stoi (wtedy
jeszcze stał) stary kolejowy most (nieczynna linia Malbork Prakwice -
Dzierzgoń - Myślice, którą oddano do użytku w 1893 roku). Most ma długość ok. 50 m i wysokość 13 m.
O dziwo wtedy kolej w tym miejscu była potrzebna, a dziś pkp zwinęło nawet
tory. Pomijając oczywisty fakt, że wtedy linia ta miała znaczenie
gospodarcze, to już na przełomie XIX i XX wieku turyści korzystali z niej,
aby wygodnie dostać się do Myślic, gdzie można było rozpocząć wycieczkę na
pochylnie.
A teraz znowu zdjęcia ze skanera..
Przejażdżka na most kolejowy w Dzierzgoniu (ta sama linia kolejowa, o której
wspominam powyżej) do tej pory dzieli nas na przeciwników i zwolenników
teorii spiskowej (tacy podobno zawsze się znajdą, więc i teraz ich nie
zabrakło). Plan był ambitny - mieliśmy wyjechać jak najwcześniej i ruszyć
przed siebie. Jak najdalej. Trasa miała być ustalana na bieżąco. Kto wie,
czy gdyby wszystko poszło jak należy, to do tej pory nie pedałowalibyśmy
wspólnie w stronę zachodzącego Słońca.
Z wyjazdu o wschodzie Słońca nic nie wyszło - wyruszyliśmy o dziesiątej.
Start o tej godzinie nie wróży zwykle oglądania odległych miejsc, bo wtedy w
lipcu zaczyna się robić gorąco. Moim zdaniem najlepszym czasem na
rozkręcenie się i złapanie rytmu jazdy jest czas po wschodzie, kiedy jest
jeszcze rześko i przyjemnie. O dziesiątej można powoli szukać miejsca na
południową sjestę.
Dojechaliśmy pod Dzierzgoń i przez nieczynną część żwirowni zbliżyliśmy się
do kilkumetrowego nasypu kolejowego, pod którym zostawiliśmy rowery.
Most ten to jedno z ciekawszych offowych miejsc w Dzierzgoniu,
gdzie można posiedzieć z dala od (uciążliwej czasem) wioski. Można... było. Niestety już
wtedy był systematycznie rozkradany, więc z roku na rok nie było w
zasadzie po czym
bezpiecznie chodzić. Do tego trzeba dodać akcję pkp zawijania torów sprzed kilku
lat. Wysokość torowiska nad strumykiem to jakieś 20 m, więc dziś trzeba
mocno uważać. Piwko odpada.
Gdy wróciliśmy do rowerów okazało się, że złapałem gumę. Wtedy przypomniało
nam się, jak Karola przed odjazdem zapytała, sugerując jednocześnie
odpowiedź, czy nie zrobimy dziś więcej niż 40 km? To dało
pozostałym do myślenia, bo rzeczywiście mieliśmy za sobą ledwo 17 km. W moim
przypadku nie było sensu łatać dziury, bo miałem kawałek do rodziców, do
Dzierzgoniu. Postanowiliśmy się rozstać - Karola, Ewka i Kamo skierowali się
z powrotem do Mikołajek.
Zaprowadziłem rower do Dzierzgonia, oglądając jeszcze po drodze wielkiego
faketa z niebios w postaci chmury o odpowiednim kształcie i w ten sposób
wycieczka w beznadziejnym stylu dobiegła końca. No prawie. Wieczorem
dowiedziałem się, że reszta ekipy w drodze powrotnej miała kolejną wątpliwą
przygodę. Kamilowi odpadł pedał (!). Pomyślałem, że pedały tak po prostu nie
odpadają - odpada tynk lub moja ulubiona drużyna w playofach, ale pedał?
Gdybyś coś takiego miało miejsce dziś, to powołano by komisję śledczą celem
wyjaśnień.
Karola do tej pory wypiera się jakoby to ona dokonała sabotażu, żeby tylko
nie przejechać 40 kilosów. Nikt oczywiście w to nie wierzy, po tym jak pod
jej łóżkiem kilka dni później znaleziono pilnik do metalu.
Przeanalizujmy wszystko od początku. Najpierw paraliż startu, który
przeciągnął się o cztery godziny, potem guma, a kiedy licznik pokazywał
trzydzieści kilka kilometrów, nagle, niespodziewanie odpada Kamilowi pedał.
Strach pomyśleć, co by się stało, gdybyśmy pod mostem postanowili łatać moją
gumę, a potem Kamo wyciągnąłby z plecaka swój PZMS (Podręczny Zestaw Małego
Spawacza). Podejrzewam, że Karola w swej desperacji odpaliłaby jeden z
ukrytych w ramie Ewy ładunków wybuchowych (których jednak nigdy nie
znaleziono) albo jadąc na końcu stawki zaczęła rozdawać każdemu po nożu w
plery.
Może i dobrze, że tak się skończyło. Uniknęliśmy niepotrzebnych ofiar. A na
most wróciliśmy we wrześniu.
Tym razem wszyscy patrzyli Karoli na ręce od samego rana. Kamil, po naprawie
roweru, ukrył go przed nią, a Ewa i Arti trzymali ją z dala od swoich
garaży. Wyprawa się udała. Jej cel został osiągnięty - zagadka została
rozwiązana. Szczegółowy opis w
relacji
z cyklu Kwadratowego Koła.
Kolejna wycieczka już po trzech dniach i może dlatego w dwuosobowym
składzie. Z resztą był to środek tygodnia. Wspólnie z Ewką uderzyliśmy na
Elbląg, do parku Bażantarnia, aby tam wspólnie pokontemplować
przyrodę przy panoramie Elbląga - miasta gdzie odbywaliśmy nasze pierwsze
studia. W drodze powrotnej wpadliśmy w depresję w Raczkach Elbląskich, ale
łatwo było się z niej wydostać. Tym bardziej łatwo, że gdzieś w Tywęzy City
trafiliśmy na pole konopi.
Znów nie minęły trzy dni i wspólnie z Ewą wsiedliśmy na rowerki. Nikt nie
dołączył podobno dlatego, że cel nie był zbyt wzniosły - mieliśmy po prostu
jechać do Iławy na lody włoskie. Bo tam dobre robią. Poza tym Iława jest
bardzo ładnym miastem. Co z tego, że oddalonym od Mikołajek o jakieś 45 km?
Lody są tam naprawdę dobre. Poza tym w Mik Pom od wczesnych lat 90-tych nie
sprzedają lodów włoskich. A nawet gdyby jeszcze sprzedawali, to nie byłyby
zapewne tak dobre więc i tak byśmy pojechali.
I tak pojechaliśmy we dwoje. Ciekawostką jest fakt, że odwiedziliśmy
znajdujący się po drodze zamek w Szymbarku dokładnie rok po tym, jak byliśmy tam wspólnie z Evelą i Radkiem
jadąc na Dylewską Górę [relacja
w Kwadratowym Kole].
Odkąd przestałem jeździć rowerem jedynie z domu na boisko koszykówki, to
zastanawiałem się ile mogę tym moim góralem przejechać kilometrów jednego
dnia. W końcu z zastanawiania przeszedłem do sprawdzania
i korzystając z zaproszenia mojej koleżanki ze studiów - Veronici - udałem
się nad morze. Okazało się, że pomimo kół w rozmiarze 26" i skromnych
przerzutek można przejechać całkiem sporo. W dodatku spędziłem w Krynicy
dobre cztery godziny.
Ponieważ z obliczeń wynikało, że z Mikołajek do Krynicy Morskiej i z
powrotem nastukam jakieś 190, to w drodze powrotnej w Malborku odbiłem do
Dzierzgonia i stamtąd do Mikołajek. Pomyślałem, że nie będę przecież po powrocie jeździł
dookoła podwórka.
Drugie bidonobranie w historii Drużyny B. Drugi raz lotna premia w Dzierzgoniu. Drugi raz byłem na trasie
sam. W sumie nic dziwnego - kto by chciał jechać i kibicować kolarzom
właśnie w tym nudnym Dzierzgoniu, gdzie podobno psy dupami szczekają? Na pocieszenie 5 bidonów, czyli o trzy więcej niż w
roku 2003.
Kolejne bidonobrania przyciągnęły na szczęście więcej bajkerów.
Zdjęć brak. Bidony widać tu i ówdzie na zdjęciach z różnych wypraw na
przestrzeni lat. No może poza jednym, unikatowym ekipy Discovery znalezionym
kiedy wyścig był pierwszy raz w UCI ProTour, a w którym czasem na uczelni
miałem wodę. Wkrótce uznałem, że może lepiej nie nosić go w kieszonce
plecaka, bo go stracę. Raz na stołówce jakiś człowiek mnie obfotografował i
w końcu zaczepił, czy nie zechcę dokonać jakiejś wymiany. Fan Lance'a
oczywiście.
Znów ten nieszczęsny most, ale tym razem bez Karoli. Oczywiście zachęcaliśmy
innych do udziału w przejażdżce (Karolę również), ale termin nie pasił.
Bez Karoli i bez awarii. Potwierdza to tylko naszą teorię
spiskową.
Ta wycieczka zakończyła sezon '04. Pomimo samych jednodniówek całkiem udany
- chętnie do niego wracam, przeglądając zdjęcia w albumie.